Witam!
Wciąż się waham, czy powrót jest aby na pewno dobrym pomysłem. Ale ryzykuję, najwyżej znowu to rzucę w cholerę :)
Chciałam dodać, że komentowaniem zajmuję się w soboty i niedziele, bo tylko wtedy mam czas :)
Kilka słów: Pierwszym partem, który Wam przedstawię, będzie opowiadanie, od którego wszystko się zaczęło. To dzięki niemu się tym zajęłam i chociaż nie wiem, czy taki początek jak ten, jest dobry, myślę, że powinnam go opublikować.
Długość: 23 strony [10494 słowa]
Dedykacja: Dla Natalii, która mnie do tego namówiła i natchnęła. Ona już to czytała i podobno jej się podobało. Kocham Cię, słońce :**
Bohaterowie: Messi, Iniesta, Mayte, Elina
Messi
Kiedy była mała, mówili jej, że gdy dorośnie, znajdzie
wspaniałą pracę, idealnego mężczyznę, założy rodzinę i będzie żyła jak w bajce
– długo i szczęśliwie. Wmawiali jej, że dorosłość to nic innego, niż chodzenie
do biura w tych wysokich butach, których widok zawsze cieszył jej duże,
dziecięce oczka, rządzenie tam swoimi podwładnymi, powrót do domu i spędzanie
wieczoru tak, jak się tego pragnie, najczęściej ze swoją perfekcyjną drugą
połówką w jakimś romantycznym miejscu. A ona im wierzyła. Jak głupia ufała
wszystkim bajkom, którymi ją karmili, mając szczerą nadzieję, a nawet pewność,
że te w przyszłości się spełnią. Dopiero teraz powoli zauważa, w jak wielki
błąd ją wprowadzali, jak bardzo się mylili, tak idealizując życie. Nie ma ani
tej pracy, która miała być jej przydzielona tuż po studiach, ani tej wymarzonej
drugiej połówki, która byłaby z nią na dobre i na złe. Ale cóż… Mówili też, że
nie łączy się alkoholi. A ona właśnie popija wiekową whisky tanim piwem ze
sklepu naprzeciwko. I ma się dobrze. Poza kończynami nie tak sprawnymi jak
wcześniej, nic się nie zmieniło. Wciąż czuje tą dziwną pustkę w sercu,
rozgoryczenie i żal. Psychicznie jest takim samym wrakiem jak dwie godziny
temu, kiedy jeszcze całkowicie trzeźwa otwierała swój słabo zaopatrzony barek,
żeby powypijać te skromne zapasy. Fizycznie też niewiele się zmieniło. Wciąż ma
dwie nogi, ręce, parę oczu i uszu, jeden nos i usta. Może wątroba nieco
ucierpiała, ale wierzyła w jej zdolności samoregeneracyjne. Nie czuła też
żadnych rewolucji w żołądku, więc liczyła na w miarę spokojną noc.
Gdy kończyła już puszkę najbardziej gorzkiego piwa, jakie
kiedykolwiek zdarzyło jej się pić, do mieszkania wpadł jej brat, już od progu
wołając, że dostał jej smsa i domaga się, bo nawet nie prosi, wyjaśnień, co
dokładnie się stało. Zastał ją siedzącą przy stoliku w salonie, oglądającą
telewizję i prowadzącą jednostronną rozmowę z bohaterem jakiegoś marnego serialiku.
- O, cześć Andres – zawołała, uśmiechając się do niego. – Co
słychać? Wszyscy zdrowi?
- Mógłbym zapytać o to samo. Co się stało? Odłóż to piwo -
co to w ogóle jest? – i mów, co ten dupek ci zrobił.
Mina Mayte zmieniła się gwałtownie, do oczu napłynęły jej
łzy, kąciki ust wygięły się w dół, a ręce automatycznie oplotły sylwetkę
Iniesty.
- Był ze mną tylko ze względu na to, że jestem twoją
siostrą. Zerwałam z nim, gdy się przypadkowo wygadał. – Tyle wystarczyło
Andresowi, żeby poczuć nieodpartą chęć uderzenia go, albo nawet zrobienia
czegoś więcej. Skrzywdził jego małą dziewczynkę, nie mogło ujść mu to płazem!
Od zawsze opiekował się swoją młodszą siostrą, był gotów zrobić wszystko, albo
i jeszcze więcej, żeby tylko zobaczyć uśmiech na jej twarzy, chociaż przez
ułamek sekundy. Nienawidził, gdy płakała. Każdą przyczynę jej gorszego
samopoczucia pragnął natychmiast zniszczyć, pilnując później, żeby nie
odrodziła się na nowo. Był doskonałym starszym bratem! Czasem może
nadopiekuńczym, ale kochającym i wspierającym.
Wsłuchując się w słowotok siostry, planował cichą zemstę na
tym kretynie, który tak ją potraktował. W takich momentach żałował, że jest tak
rozpoznawalny i bogaty. Wolałby posiadać setną część tego majątku, który mu się
trafił i nie być ani trochę sławnym, skoro to, kim był tak komplikowało życie
jego siostrze.
Starał się ją pocieszać, jak tylko mógł, postanowił nawet
zostać z nią całą noc, wysłał tylko Annie szybkiego smsa, żeby się o niego nie
martwiła i aż do rana podnosił Mayte na duchu i obiecywał, że zrobi wszystko,
żeby jej były pożałował, że tak bardzo chciał się do niego zbliżyć.
~O~
Elina chowała swoje skrzypce do futerału, uważając, żeby nie zostawić na nich żadnego śladu palców, albo, nie daj Boże, ryski na drewnianym, polakierowanym instrumencie, droższym jej sercu, niż cokolwiek innego na świecie. Grała, od kiedy pamiętała, nie wyobrażała sobie dnia bez chociażby jednego pociągnięcia smyczkiem po strunach. A te skrzypce były dla niej szczególnie ważne, gdyż należały do jej dziadka, Eliasa. To on zaraził ją miłością do muzyki, uczył Fińskiego i to za nim tęskniła najbardziej, gdy była w Hiszpanii. Gdy była mała, często żałowała, że jej matka nie jest Finką, że nie mieszkają w Espoo, a ich podróże w tamte strony są tak rzadkie. Jednak z upływem czasu nabierała do tego coraz zdrowszego podejścia i obiecała sobie, że pewnego dnia tam zamieszka. Nie do końca jej się to udało, ale teraz mogła pozwolić sobie na wyjazd, kiedy tylko chciała, nic nie trzymało jej już w Hiszpanii!
Poza jednym wyjątkiem, który choć niepozorny, był jedynym
powodem, dla którego za oknem nie widziała teraz pięknego, iglastego lasu, a jakieś
domy ludzi, którzy mało ją obchodzili. Ów wyjątek z cierpką miną ściszył jej
ulubioną piosenkę Korpiklaani, a następnie objął ją od tyłu w pasie, czule
szepcząc do ucha, żeby nie wyjeżdżała. Ona zaśmiała się i odwracając się do
niego przodem, zaplotła mu ręce dokoła szyi.
- Muszę. Ale za dwa miesiące wrócę. Wytrzymasz – zapewniła,
muskając jego usta.
„Wyjątek” nie wydawał się być przekonany, jednak nie miał
zbyt wiele do powiedzenia. Doskonale wiedział, że Elina nie da się przekonać do
niczego, jeśli musiałaby odpuścić sobie coś, związanego z jej zespołem czy
wyjazdem do Finlandii. Wybierali się tam nawet na wakacje, chociaż jemu niezbyt
uśmiechało się lato spędzone w tak zimnym miejscu. Zdecydowanie wolał
Argentyńskie plaże, jednak dla niej potrafił wycierpieć wiele. Czuł, że była
jego prawdziwą miłością, że to właśnie jej szukał dwadzieścia cztery lata.
Nawinął sobie na palec kosmyk jej jasnych włosów. Była tak
skandynawska, że czasem aż się zastanawiał, jak ona sobie w ogóle radzi w
świecie pełnym słońca. Blada skóra nijak nie reagowała na opalanie, którego z
resztą nie była wielką zwolenniczką. On sam też nie był przesadnie spalony,
wiec po części ją rozumiał. Jej twarz wydawała mu się idealnym dziełem
wprawionej, bożej ręki. Jasnoniebieskie oczy i malinowe usta doprowadzały go do
obłędu, gładka cera nie była schronieniem dla żadnej niedoskonałości, a mały,
prosty nosek gościł dokładnie dwadzieścia siedem jasnych piegów, których na
pierwszy rzut oka prawie nie widać.
Elina była bardzo niska, nawet niższa od niego, i
chudziutka. Jej drobne ciałko nie mogło ważyć więcej niż 50 kilogramów,
wyglądało na kruche i bezbronne, jednak krył się w nim ogromny pokład energii.
Jak na Finkę przystało lubiła wypić, jednak starała się nie przesadzać i nie
chadzać do barów, jak tylko słońce wyjrzy zza horyzontu, jak to zdarza się jej
rodakom. Uwielbiała też ciężkie, metalowe brzmienia. Szczególnie ukochała sobie
folk metal, w takim właśnie zespole grała na skrzypcach i z nim miała udać się
w krótką trasę koncertową po Finlandii.
- Nie wytrzymam – jęknął, przytulając ją jeszcze mocniej.
- Wytrzymasz. Jak wrócę, wynagrodzę ci ten czas rozłąki –
obiecała blondynka, uśmiechając się do niego tak, jak lubił najbardziej:
unosząc tylko prawy kącik ust, nie ukazując zębów. Spośród całej gamy jej
uśmiechów, ten był jego faworytem i potrafił przekonać go niemal do
wszystkiego.
- Dwa miesiące?
- Może z lekkim haczykiem. Chciałabym spędzić trochę czasu u
dziadka.
- Jasne, nie ma sprawy. – Uśmiechnął się delikatnie, jednak
bez przekonania. Nie na rękę był mu się ten jej wyjazd, przed nim teraz ciężkie
mecze, a lubił czuć jej wsparcie na boisku. Jednak doskonale zdawał sobie
sprawę z tego, że jej miłość do ojczyzny, muzyki i dziadka była bardzo silna i
doceniał sam fakt, że go jeszcze nie zostawiła, żeby móc zamieszkać w Finlandii
i spełnić tym samym swoje życiowe marzenie.
- No już, uśmiechnij się tak naprawdę szczerze. Bo będę
miała wyrzuty sumienia, że cię zostawiam. – Mężczyzna wykonał jej polecenie,
zachęcony trochę tymi słowami i jej przyjemną miną, która go wręcz prowokowała
do uśmiechu. – Strzelisz dla mnie jakiegoś gola?
- Hat-tricka.
- Będę oglądała wszystkie mecze – obiecała i po raz kolejny
przywarła do jego ust. – A teraz skarbie pozwól, że się spakuję. – Odsunęła go
od siebie delikatnie i poszła po walizkę.
Messi opadł bezwładnie na łóżko i wpatrzył się w sufit. Dwa
miesiące z haczykiem, czyli tłumacząc z jej języka na ludzki – dwa i pół
miesiąca minimum. Elina nie odmówi sobie przyjemności spędzenia ze swoim dziadkiem,
co najmniej dwóch tygodni. Będą razem pić piwo, słuchać metalu i grać na
skrzypcach, czasem wybierając się do lasu na grzyby. A on zostanie sam w swoim
ogromnym domu, zanudzając się na śmierć. Pewnie będzie zostawał po treningach i
dopracowywał na przykład rzuty wolne, albo odpowiadał pozytywnie na wszystkie
zaproszenia chłopaków „na miasto”. Już nieraz go zostawiała na jakiś czas, więc
doskonale znał ten scenariusz…
~O~
Podniósł leniwie powieki, jednak szybko oślepiły go
promienie słońca, bezczelnie wdzierające się do jego sypialni, pomimo braku
jakiegokolwiek zaproszenia. Przewrócił się na drugi bok, z niezadowoleniem
stwierdzając, że leży w łóżku sam. Wprawdzie wiedział, że Elina wyjechała, ale
łudził się, że może to był tylko sen, albo ona zmieniła zdanie i została.
Zwlekł się z łóżka i ciężkim krokiem poszedł do kuchni.
Zazwyczaj nie miał apetytu z samego rana, więc zrobił sobie tylko kanapki.
Niespiesznie zjadł śniadanie, popijając jakimś sokiem, którego resztki znalazł
w lodówce. To jego pierwszy dzień od dawna w roli słomianego wdowca, a on już
nie ma podstawowych produktów.
Następne kroki skierował do łazienki, gdzie wziął szybki, orzeźwiający
prysznic, który nieco postawił go na nogi, umył zęby i ubrał się w dresy.
Wychodząc, zerknął na tarczę budzika na stoliku w sypialni. Jeszcze chwila i
się spóźni. Chwycił swoją torbę treningową i w pośpiechu założył na nogi
adidasy. Wypadł z domu i krótką chwilę później siedział już za kierownicą
swojego Maserati, opuszczając teren swojej rozległej posesji, a następnie przemierzając
kolejne barcelońskie uliczki, żeby jak najszybciej dostać się na stadion. Nie
miał ochoty na płacenie kary za spóźnienie, która uchowała się nawet po
odejściu Pepa i utracenie tym samym swojej nienagannej postawy piłkarza, który
zawsze zjawia się na treningach na czas.
- Leo! – usłyszał wesoły, dziewczęcy głos, gdy szybkim
krokiem podążał w stronę boiska treningowego.
- Mayte? – zdziwił się, widząc biegnącą do niego brunetkę. –
Wpadłaś poobserwować brata?
- Można tak powiedzieć. Muszę się po prostu oderwać od
codzienności. Idziemy? - Posłała mu promienny uśmiech i nie czekając na niego,
ruszyła przed siebie. Każdy ją uwielbiał, jej obecność na treningach sprawiała,
że chłopcy się popisywali, żeby jej zaimponować, ale też pracowali lepiej. Nawet
sam Guardiola zawsze przynosił jej krzesełko, żeby mogła w spokoju śledzić
popisy jego podopiecznych.
- Co masz na myśli, mówiąc „oderwać się od codzienności”? –
spytał Messi, próbując nawiązać rozmowę.
- Rozstanie z Luisem. Andres ci nie mówił? Dziwne… Wiesz, że
najłatwiej mi dojść do siebie obserwując was. Zdecydowałam się więc na
zagoszczenie na treningu, jeśli nie będziecie mieli nic przeciwko.
- Zerwaliście? – Dla Leo było to co najmniej dziwne,
stanowili taką dobrą parę.
- Niestety. Okazało się, że się dla niego nie liczę. Ale nie
rozmawiajmy teraz o tym. Powiedz lepiej co u ciebie i Eliny.
- Wczoraj wieczorem opuściła mnie i wyjechała w trasę, wróci
za około dwa i pół miesiąca.
Mayte zaśmiała się i krótko skomentowała pomysł dziewczyny
Messiego, żeby zostawić go samego na tak długi czas. Znała go dość dobrze i
uznała, że mężczyzna nie poradzi sobie sam i za maksimum tydzień umrze z głodu.
Siostra Iniesty mogła nazwać przyjacielem praktycznie
każdego piłkarza FC Barcelony, miała niesamowitą charyzmę i szybko przekonywała
do siebie ludzi, ale to z Messim łączyła ją najsilniejsza więź. Uwielbiała
wygłupy z Trójką Muszkieterów, w postaci Pique, Puyola i Fabregasa, chodzenie
na grzyby z Xavim, słuchanie rapu z Alvesem, Pinto i Abidalem, za którym teraz
cholernie tęskniła i odwiedzała co najmniej raz na tydzień, a także rozmowy o
życiu, oczywiście prowadzone z dużym przymrużeniem oka z Villą, jednak każdy z
nich miał przypisany jedną, charakterystyczną funkcję, od której, nie wiedzieć
czemu, nie odchodzili, a z Leo mogła robić to wszystko i nawet jeszcze więcej,
nigdy nie czując zażenowania. Byli najlepszymi przyjaciółmi, od kiedy tylko się
poznali. Na równi z tymi relacjami mogła stać tylko jej przyjaźń z Valdesem,
która poniekąd wynikała z jego zażyłych stosunków z Andresem.
- To skoro oboje nie mamy z kim spędzić wieczoru, to może
wyskoczymy gdzieś razem? Poszłabym do brata, ale od ślubu za każdym razem, gdy
się u nich zjawiam, ten daje mi wyraźnie do zrozumienia, że przeszkadzam i mam
sobie iść.
- Jasne. W najbliższym czasie jestem otwarty na wszystkie
propozycje. – Uśmiechnął się piłkarz, w głębi ducha dziękując jej za tę
propozycję.
~O~
Jedna prośba o wspólne spędzenie wieczoru, skończyła się
dwoma miesiącami codziennych spotkań. On leczył jej złamane serce, a ona
uzupełniała zapasy w jego lodówce, pilnując, żeby ta chwilowa rozłąka z Eliną
nie wpłynęła na niego źle. Ich zaniedbana przyjaźń przeżywała swój renesans.
Wcześniej on miał swoją skandynawską piękność, ona uroczego, lecz jak się
okazało zakłamanego Baska, którzy skutecznie odciągali ich od siebie. Teraz
nadrabiali zaległości, wracając do tych wszystkich wspólnych zajęć, których
kiedyś mieli tak wiele. Oczywiście starali się nie wychodzić zbyt często we
dwoje, żeby wszędobylskie oczy paparazzich nie pochłonęły ich żywcem, tworząc z
przyjacielskiego spotkania temat na pierwsze strony brukowców.
- Elina właśnie do mnie napisała – oznajmił rozpromieniony
Messi, wpatrując się w ekran swojej komórki. – Tak jak myślałem, wraca za dwa
tygodnie.
- Myślałam, że jej trasa już się kończy.
- Tak, ale chce spędzić trochę czasu z dziadkiem.
- Dwa tygodnie? – zdziwiła się Mayte. – Ja mam
fantastycznego dziadka, ale nie wytrzymałabym u niego aż tyle.
- Elias zawsze był jej bardzo bliski. Jej matka jest dumną
hiszpanką i po ślubie przez siedem lat namawiała jej ojca, żeby przeprowadzili
się do Barcelony. On nie jest zbyt wielkim patriotą, więc gdy tylko znalazł
pracę, spakował całą rodzinę w samolot i przylecieli. Elina miała wtedy niecałe
sześć lat. Mówiła mi, że dziadek zaraził ją miłością do muzyki i ojczyzny, a w
dniu ich wyjazdu dał jej skrzypce. Często przyjeżdżali do niego na wakacje albo
ferie, wtedy uczył ją na nich grać. Podobno to naprawdę równy gość. Elina
planuje mnie z nim poznać latem. Wymyśliła sobie, że spędzimy dwa tygodnie u
niego i dwa w Argentynie.
- Faktycznie, musi go uwielbiać. – Mayte poprawiła się na
kanapie, upijając łyka wina, podpisanego jej nazwiskiem. – Zazdroszczę ci.
Wolałabym spędzić całe wakacje na Syberii niż sama.
- Jak to sama? Nie jesteś sama. Masz Andresa, mnie. Nas
wszystkich – zaprotestował Messi, mając na myśli swoich kolegów z drużyny,
którzy zawsze służyli pomocą pannie Iniesta.
- Wiesz, o co mi chodzi. Andres ma Annę, ty Elinę, wszyscy
inni swoje własne życia, nie będę się nikomu narzucać. Muszę sobie znaleźć
faceta – westchnęła, mnąc kraniec swojej turkusowej spódniczki. – Problem w
tym, że żaden nie wydaje mi się wystarczająco dobry. Nie jestem wymagająca,
naprawdę, ale…
- Ale co? – Leo nie był pewny, czy Mayte ma na myśli to
samo, co on, więc wolał powoli wyciągać z niej informacje, zachęcając ją
delikatnie do zwierzeń.
- Ale jest ktoś, kogo nikt nie pobije. Ktoś najlepszy ze
wszystkich. Ale nie dość, że nie mam u niego szans, to jeszcze wszystkich do
niego porównuję. I wypadają negatywnie.
- Kto to jest? Czemu myślisz, że nie masz szans?
- Ma dziewczynę. Nie powiem ci, kto to. – Uśmiechnęła się
figlarnie, żeby zatuszować malujące jej się na twarzy zawstydzenie. Piłkarz
próbował wymusić na niej, żeby zdradziła mu, kim jest ten mężczyzna, który tak
zakręcił jej w głowie, jednak ta nie pisnęła ani słowa. Była w stanie trzeźwo
myśleć, pomimo wypicia niemal całej butelki wina. Leo został przy jednej lampce,
natomiast ona pochłonęła resztę. Dopiła resztki tego słodkawego trunku, zalegające
w jej kieliszku i spojrzała na Leo, sięgającego po paluszka ze szklanki,
stojącej na stole. Na jego twarzy malowało się zrezygnowanie i swojego rodzaju
zobojętnienie. Miała w tym momencie ochotę rzucić szklane naczynko za siebie,
wcisnąć Messiego w oparcie i krzyknąć „pieprzyć to, to ciebie chcę”, wpijając
się następnie w jego usta, których smak tak często sobie wyobrażała. Nie mogła
jednak tego zrobić, to by poważnie zaszkodziło jej, jemu i ich przyjaźni. Byłby
na nią za to wściekły! Chyba, że chciałby tego samego…
Mayte uśmiechnęła się pod nosem. To, o czym przed chwilą
pomyślała, było ideą, a to, co zamierzała zrobić, niechlubnym, ryzykownym, ale
skutecznym sposobem, na sprawdzenie jego uczuć. Eliksirem miłosnym w nowym
wydaniu.
~O~
Kolejny poranek bez Eliny. Odliczał już dni, kiedy po
otwarciu rano oczu ujrzy jej piękną twarz z małym pieprzykiem na prawym
policzku. Kiedy wyciągając rękę, pod opuszkami jego palców znajdzie się jej delikatne
ciałko, a wciągając powietrze, poczuje woń jej kokosowego szamponu. Musiał
jednak zaczekać jeszcze nieco ponad tydzień. Brakowało mu jej w każdym kawałku
swojego życia, rankiem, gdy robił sobie kawę; po treningu, gdy z
przyzwyczajenia oczekiwał smsa z listą zakupów, albo prośbą o podwiezienie jej
do jakiegoś marketu, gdyż sama nie zrobiła jeszcze prawa jazdy; w te nudne,
samotne popołudnia i wieczory, które gdyby nie Mayte mógłby wyrwać z życiorysu;
i na meczach, gdy patrzył w trybuny, zawodząc się za każdym razem, nie
dostrzegając jej w tłumie kibiców.
Zawsze oglądała jego mecze, jeśli nie mogła na stadionie, to
w domu, gratulując mu potem zdobytych goli. Gdy mogła wspierać go na Camp Nou,
przeważnie nakładała koszulkę z jego nazwiskiem, mając w głębokim poważaniu
zachowanie typowych kobiet piłkarzy, które stawiały na stylizowane na luźne
ubrania od drogich projektantów i przeraźliwie wysokie szpilki, a później
siedziały na krzesełku jak damy, patrząc bardziej na kamerę niż sytuację na
boisku. Elina wczuwała się w każdy mecz, skakała z radości po golu dla swojej
drużyny, dobitnie wyrażała niezadowolenie po jakiejś wpuszczonej przez Valdesa
szmacie, albo brutalnym faulu przeciwnika, śpiewała z kibicami przyśpiewki. Jeśli
było w niej coś hiszpańskiego, to właśnie miłość do piłki nożnej.
Obiecanego hat-tricka już dla niej strzelił, dostał od niej
za to długiego smsa z podziękowaniami i godzinę przegadaną na Skype.
Powiedziała mu, że jak strzeli drugiego, to wróci szybciej. A dzisiaj wieczorem
ma mecz, cóż za zbieg okoliczności… Uśmiechnął się pod nosem na myśl o tej
dodatkowej motywacji do gry i przekręcił swe zdrętwiałe ciało na drugi bok.
Leniwie otworzył oczy, chwilę przyzwyczajając się do zbyt jasnego światła. To,
co w końcu zobaczył, przerosło jego najśmielsze oczekiwania.
Postać kobiety, która przez ułamek sekundy dodała mu gram
nadziei na to, że może Elina zdecydowała się wrócić, chwilę później zabrała mu to
cudowne uczucie, dając pole do popisu rozsądkowi, który stanowczym tonem głosu
oznajmił: „jest źle”. Z przerażenia Messi cofnął się na sam kraniec łóżka,
nieomal z niego spadając i przyćmionym porannym zastaniem głosem, spytał:
- Co ty tu robisz?
Przez pewien czas łudził się, że może do niczego nie doszło,
albo to wszystko jest tylko snem, bądź jego urojeniem, jednak z każdą chwilą
utwierdzał się w przekonaniu, że jest to gorzka, ciężka do przełknięcia prawda.
Kobieta popatrzyła na niego badawczo.
- Nic nie pamiętasz, prawda?
- Ale co mam pamiętać? I odpowiedz na pytanie!
- Wczoraj mówiłeś, że tego chcesz, zaręczałeś mi, że to
dobry pomysł.
- Wczoraj? – Usiłować przypomnieć sobie wczorajszy wieczór,
jednak miał ogromną dziurę w pamięci. – Co konkretnie wydarzyło się wczoraj? –
zapytał stanowczym głosem, lustrując Mayte wzrokiem.
Dziewczyna westchnęła ciężko, wyraźnie niezadowolona z
takiego obrotu sprawy.
- Wczoraj piliśmy u ciebie piwo i oglądaliśmy mecz. W pewnym
momencie powiedziałeś, że już nie kochasz Eliny, tylko mnie i zacząłeś mnie
całować. Chciałam się jakoś temu przeciwstawić, ale… - urwała, spuszczając
wzrok. – Nie umiałam. Przepraszam, pewnie powinnam coś zrobić, ale…
- Dobrze, już, to nie twoja wina – zapewnił, widząc w jak
złym stanie jest jego przyjaciółka. Przez chwilę jeszcze siedział, gapiąc się
gdzieś w przestrzeń, jednak po chwili wstał, i zabierając jakieś spodnie,
leżące na fotelu, poszedł do łazienki.
Stanął przy umywalce, opierając się o nią obiema rękami.
Długo przełamywał się, żeby spojrzeć w lustro, powstrzymywała go przed tym
dziwna siła, której sam nie rozumiał. Nie wiedział czy był to wstyd przed samym
sobą, czy wzgardzenie tym, co podobno zrobił. Żeby chociaż cokolwiek pamiętał!
Cały wczorajszy wieczór był w jego umyśle czarną plamą, bez jakichkolwiek
przebłysków. Nie przypominał sobie nawet tego piwa, którego on przecież nie
pija w środku sezonu! Co mu odwaliło?
Niepewnie podniósł wzrok, obawiając się swojego odbicia. Nie
było tak strasznie. Miał nieco zamglone oczy i minę łączącą w sobie złość,
niedowierzanie i smutek jednocześnie, jednak poza tym nic się nie zmieniło.
Wciąż był tym samym Messim, którego w każdy weekend przyjeżdżają oglądać całe
rodziny, wciąż był przykładem dla tych wszystkich dzieci, wzorem do
naśladowania dla wielu młodych piłkarzy. W dalszym ciągu przykładnym synem,
miłym sąsiadem, dobrym i uczynnym kolegą, nieco zamkniętym w sobie. Tylko w
jednej kwestii uległ całkowitej zmianie. Nie był już wiernym chłopakiem.
Odkręcił wodę i przemył twarz, spędzając z powiek resztki
tak dziwnie spokojnego snu. Jeszcze raz spojrzał w lustro, na swoje mokre
odbicie niewiernego kretyna. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek mógłby się
wyprzeć swojej miłości do Eliny. Niczego innego na świecie nie był tak pewny,
jak tego, że jest to tak poważne uczucie, że nigdy nie uda mu się w nie
zwątpić. W wakacje, podczas ich wyjazdu do Finlandii planował się jej nawet
oświadczyć, już dłuższy czas szukał doskonałego pierścionka pasującego do jej skandynawskiej
duszy. Jednak po co miałby oferować się jej na wieczność, skoro zdradza ją przy
byle okazji?
Usłyszał cichutkie pukanie w drzwi łazienki. Zignorował je,
wciąż tkwiąc w tej samej pozycji, opierając się bezwładnie o umywalkę.
- Leo, rozumiem, że to nic dla ciebie nie znaczyło, prawda?
Nie martw się, nikomu nie musimy mówić. Niech to zostanie tylko między nami,
dobrze? Zapomnijmy o sprawie.
Tak, łatwo powiedzieć: ”zapomnijmy o sprawie”. Ale to
niczego nie zmienia. To, co się stało tej nocy, na zawsze zostanie rysą w ich
życiorysie i prędzej czy później ktoś się o tym dowie. Może jednak faktycznie nie
powinien nic mówić Elinie? A kontakty z Mayte ograniczyć do minimum. Tak, to
będzie najlepsze wyjście z całej sytuacji, przynajmniej przez pewien czas!
Uchylił drzwi i patrząc na jej zakłopotaną minę, zagryzł
dolną wargę, wahając się chwilę, co powinien powiedzieć. Ciężko było mu dobrać
odpowiednie słowa, w końcu Mayte już od dawna była jego przyjaciółką, a cała ta
sytuacja była dla niego zbyt niezręczna.
- Dobrze. Nikomu nie mówmy. I… czy moglibyśmy przez jakiś
czas…?
- Tak wiem, nie spotykać się – przerwała mu, doskonale
wyłapując, co miał na myśli. – Oczywiście, jeśli to pomoże.
- Nie wiem, czy pomoże, ale myślę, że nie zaszkodzi – uciął.
– Do widzenia?
- Jasne, cześć – rzuciła i wybiegła z pokoju.
Przez moment Leo miał ochotę pobiec za nią, przeprosić ją,
przytulić i zaproponować to samo, co ona jemu przed momentem: zapomnienie. W
porę jednak zorientował się, że tak do niczego nie dojdzie, a rozłąka jest
konieczna. Z głuchym westchnięciem zamknął za sobą drzwi łazienki i rozebrawszy
się uprzednio, wszedł pod prysznic, licząc na chwilę orzeźwienia. Chłodne
strugi wody miały za zadanie ostudzić buzujące w nim sprzeczne emocje i
pozwolić mu trzeźwo myśleć.
~O~
Zszedł powoli do salonu, spodziewając się nieciekawego
widoku, porozrzucanych puszek, połamanych paluszków i Bóg wie czego jeszcze.
Nie było jednak tak źle, cztery butelki po jakimś nieznanym mu dotąd piwie i
trochę okruszków na podłodze. Przez oparcie kanapy przewieszone były, niczym
trofeum, rajstopy May. Pewnie zapomniała ich zabrać, jak wychodziła. Zabrał się
za sprzątanie, dziwiąc się samemu sobie, że odpadł po dwóch piwach, jeśli
wierzyć teorii, że wypili po równo. Nigdy nie był aż tak słabym zawodnikiem, z
resztą przy Elinie nie mógł być! Ta to potrafiła sobie wypić… Uśmiechnął się na
wspomnienie pewnej imprezy, kiedy przepiła wszystkich jego kolegów, zazwyczaj
szczycących się najtwardszymi głowami. Może nie był to powód do nie wiadomo jak
wielkiej dumy, ale dziewczyna skutecznie zamknęła usta tym „bohaterom”, a
następnego dnia miała tylko lekkiego kaca. Wciąż powtarzała, że jej umiejętność
picia jest uwarunkowana genetycznie, każdy Fin musi taki być, bo inaczej nie
przeżyłby lata. Z jej opowieści często można było wysnuć, że Finlandia to kraj
wódką i piwem płynący, a wieczory i noce zajmują wszystkim mieszkańcom ostre
libacje z muzyką metalową w tle, jednak tak samo on mógł twierdzić, że
Argentyna żyje tylko i wyłącznie piłką nożną, mając Maradonę za wzór wszelkich
cnót i ideałów.
Schylił się, żeby pozbierać co większe kawałki paluszków,
gdy zauważył na dywanie białą tabletkę. Podniósł ją ostrożnie, przyglądając jej
się badawczo. Środek na ból głowy to to nie był, ten fakt stwierdził od razu.
Nie oglądał wielu filmów na ten temat, specjalistą od farmaceutyki też nie był,
ale domyślał się, do czego ta mała tableteczka była zdolna. I bardzo wiele by
to wyjaśniało!
Bez zastanowienie wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił do
Mayte. Poprosił, czy raczej zażądał, żeby wróciła, bo musi z nią poważnie
porozmawiać. Nie czekał długo, może dwadzieścia minut, a dziewczyna stała u
niego w salonie, ze spuszczoną głową, nie chcąc spojrzeć mu w twarz.
- Co to jest? – spytał, wyciągając przed siebie rękę, na
której leżała owa biała tabletka. Dziewczyna momentalnie zrobiła się cała
czerwona i nie podnosząc wzroku, wychrypiała:
- Tabletka na ból głowy.
- Tak? To spójrz mi w oczy i to potwierdź. – Złapał ją za
podbródek i uniósł go do góry. May strząsnęła jego rękę, zaciekle broniąc się
przed kontaktem wzrokowym. – Pytam jeszcze raz, co to jest? – Nie odpowiadała.
– Czy ma to związek z tym, że nie pamiętam niczego, z wczorajszego wieczoru?
- Flunitrazepam – jęknęła cichutko, niemal niedosłyszalnie,
nerwowo bawiąc się pierścionkiem na swoim środkowym palcu.
- Co takiego?
- Flunitrazepam. Po zmieszaniu z alkoholem powoduje
kilkugodzinną amnezję.
Messi popatrzył na nią jak na wariatkę, nie do końca
wiedząc, co powiedzieć. Kobieta, którą uważał za przyjaciółkę nafaszerowała go
jakimś świństwem i nieświadomego wpakowała do łóżka, sprawiając, że ten zaczął
się poważnie wahać nad swoją wiernością i zdolnością bycia w prawdziwym
związku. Co więcej, naopowiadała mu bajek, jakoby on sam, z własnej inicjatywy
zaczął ją całować i rozbierać. Spodziewałby się tego po każdej innej
dziewczynie, poza Eliną - która swoją drogą nie musiała go specjalnie długo
prosić, żeby poszedł z nią do łóżka – ale nie po Mayte. Znał ją niemal od
dziecka, sądził, że na wylot. Jak widać, mylił się.
- Co wydarzyło się naprawdę? – spytał, najbardziej gniewnym
tonem głosu, na jaki było go stać. Dziewczyna usiadła na fotelu, odrobinę
osłabiona całą tą sytuacją i wzięła głęboki wdech.
- To, co mówiłam. Tyle, że przedtem jedna tabletka wpadła do
twojego piwa…
- Sama wpadła? Co za niezdara… - zironizował, opierając się
o stolik. – Jesteś pewna, że mówiłem te wszystkie rzeczy o Elinie? I że to ja
zacząłem się do ciebie dobierać? Nie było odwrotnie?
- Może trochę podkoloryzowałam. Ale Leo, jestem
zdesperowana. Nikt mnie nie chce, faceci bardziej lecą na moje nazwisko niż na
mnie, a Ty jeden dostrzegłeś moją prawdziwą twarz. – May odważyła się stanąć z
mężczyzną twarzą w twarz i spojrzeć mu prosto w oczy. – Wiem, że chcesz
oświadczyć się Elinie. Wiele razy wyobrażałam sobie ciebie w eleganckim garniturze,
stojącego w kościele i twoją wybrankę w długiej, białej sukni. Ale wiesz, kim
ona była za każdym razem? – Oczy zaszły jej łzami, ledwie wstrzymywała się,
żeby się nie popłakać. Postanowiła pójść na żywioł i wyznać mu wszystko, co
czuje, podzielić się swoimi myślami i motywami, które nią kierowały, gdy
kupowała te tabletki. - Mną. Nie wiem jak mogłeś przez tyle lat nie dostrzegać,
że uważam cię za kogoś więcej, niż tylko przyjaciela? Leo, ja cię kocham! Byłam
załamana faktem, że już nigdy nie będę miała okazji zbliżyć się do ciebie, w
przypływie emocji kupiłam te cholerne tabletki i pewnie gdybyś wczoraj nie
mówił tyle o niej, nie użyłabym ich.
- Więc to moja wina? Jako przyjaciółka powinnaś pogodzić się
z faktem, że mam dziewczynę, z którą jest mi bardzo dobrze. Mówisz, że mnie
kochasz, tak? A czy miłość nie polega na uszczęśliwianiu drugiej osoby? Na
robieniu wszystkiego, żeby tylko jej było lepiej, czasem też własnym kosztem?
Jakby Elina zadzwoniła do mnie teraz z Finlandii i powiedziała, że zostaje, bo
to właśnie tam znalazła swojego wymarzonego mężczyznę, pewnie byłbym zły i
załamany, ale pozwolił jej odejść, skoro z nim byłoby jej lepiej. Jeśli nie
potrafiłaś uszanować tego, że jest ktoś, kto sprawia, że jestem szczęśliwy, i
bezczelnie próbowałaś mi to szczęście odebrać, nie kochasz mnie, tylko siebie i
nie jesteś moją przyjaciółką, tylko pieprzoną egoistką zapatrzoną w siebie i
mając głęboko w dupie uczucia innych.
Messi zakończył swój monolog, cały czas patrząc jej w oczy.
Nie obchodziły go jej łzy, które w pewnym momencie zaczęły beztrosko spływać po
jej policzkach, niczym niepowstrzymywane, ani granice, jakie mógłby złamać
swoimi słowami. Nic nie mogło być w tym momencie gorsze niż to, co zrobiła ona.
- Leo, ja… - zaczęła dziewczyna, zszokowana tym wywodem.
Chciała się bronić, ale wiedziała, że każde jego słowo jest zbyt prawdziwe, by
miała jakiekolwiek szanse na wyjście z tej sytuacji z twarzą.
- Nic nie mów, dobrze wiesz, że mam rację. Lepiej weź swoje
rajstopy z mojej kanapy i wyjdź. Najlepiej nie wracaj.
Nie czekając na jej reakcję, minął ją i wszedł po schodach
na górę, kierując się do swojego pokoju. Marzył o chwili relaksu i zapomnienia.
Rozłożył się na łóżku i zamknął oczy, starając się udać myślami w inne, lepsze
miejsce.
Los nie był dla niego łaskawy, zaraz rozdzwonił się telefon,
ukryty w kieszeni jego spodni. Rzucił okiem na wyświetlacz i z niezadowoleniem
stwierdził, że nie mógł nie odebrać.
- Chodź na skype’a. – Usłyszał, po czym jego niezbyt
wygadana rozmówczyni rozłączyła się. Rad nie rad włączył komputer i cierpliwie
czekał, aż Elina do niego zadzwoni.
- Witaj, moje argentyńskie słońce. – Na ekranie pojawiła się
uśmiechnięta twarz nieogarniętej blondynki. Miała na sobie koszulę nocną, którą
spakowała na wyjazd, a w ręce trzymała kubek z kawą. – Co słychać?
- Bez rewelacji – skłamał. – Dopiero wstałaś, prawda?
- Tak, ale wiesz, u nas jest inny czas.
- Tak, godzinę później niż u nas. A mamy prawie jedenastą –
zauważył ze śmiechem. To było dziwne, ale przy niej potrafił się szczerze uśmiechać
nawet teraz, gdy miał naprawdę paskudny humor.
- Dobra już, nie czepiaj się. Zasnęłam koło trzeciej,
byliśmy z koleżankami w barze wczoraj i trochę nam zeszło – mruknęła, mieszając
swoją czarną kawę, kontrastującą z jej bladą cerą.
- Pozdrów je. Na piwie?
- Tequili. Dziś idziemy na piwo. Ale nie po to dzwonię.
Bardzo byłbyś smutny, jakbym ci powiedziała, że wrócę tydzień wcześniej?
- Żartujesz?! – zawołał mężczyzna, niemal zrywając się z
miejsca. – Naprawdę wracasz?
- Tak, w poniedziałek mam samolot. – Posłała mu wesoły
uśmiech, który stanowczo podniósł go na duchu.
Jeżeli istniało coś, co potrafiło poprawić mu humor
niezależnie od sytuacji, z pewnością było związane właśnie z Eliną. Ta
dziewczyna miała w sobie magiczną siłę, która sprawiała, że każdy jej uśmiech
działał na niego budująco, a każde spojrzenie było motywacją, do dalszego
działania. To ona wspierała go w trudnych chwilach, czasem nawet nie wiedząc
dokładnie, co mu jest, albo – tak jak teraz – że w ogóle mu coś jest.
Rozmawiali jeszcze dobre dwie godziny. Leo skrzętnie unikał
tematu wczorajszego wieczora, obiecał jej za to strzelić kolejnego hat-tricka w
podzięce za przyspieszony przylot. Dzisiejszy przeciwnik, z jakim Barcelona
miała się zmierzyć, nie był zbyt wymagający, więc mógł sobie na to bez problemu
pozwolić.
~O~
Stanął na murawie, czując bijący od niej chłód, nawet przez
korki i getry, jakie miał na nogach. Jeszcze chwila i będzie mógł pobiec wzdłuż
boiska z piłką przyklejoną do nogi, żeby spróbować strzelić pierwszego, drugiego,
kolejnego gola, dając tym samym uciechę dziesiątkom tysięcy ludzi, siedzących
na trybunach dookoła niego, a także milionom przed telewizorami, w tym swojej
dziewczynie, na której skupił wszystkie myśli, przed spotkaniem. Najpierw
jednak rozgrzewka, krótka pogadanka Tito, i szybkie ceremonie wstępne.
- Leo, chodź tu na chwilę. – Usłyszał za plecami głos,
którego najbardziej się dzisiaj obawiał.
- Powiedziała ci? – odgadł, podchodząc do Iniesty.
- Tak, powiedziała. I zgadnij, co o tym myślę?
- Nie wiem. Że przesadziła dając mi pigułkę gwałtu, żeby się
ze mną przespać? – wzruszył ramionami, grając niewzruszonego całą tą sytuacją.
- Tak, to też. Ale nie musiałeś jej od razu wyzywać i kpić z
jej uczuć.
- Co?! – bąknął zmieszany Leo. - Ani jej nie wyzywałem, ani
nie kpiłem. Powiedziałem tylko, co o tym wszystkim myślę. I nie powiedziałem
zbyt wiele, uwierz. Niezależnie od tego, jaka jest jej wersja.
- Naprawdę? Jesteś wspaniały – mruknął Andres przesiąkniętym
sarkazmem głosem. Spojrzał z pogardą na Messiego, który za wszelką cenę pragnął
udawać obojętnego, tak jakby to wszystko było tylko obejrzanym w kinie filmem,
a nie tak brutalną rzeczywistością.
Dłoń Iniesty samoistnie zacisnęła się w pięść, która później
z impetem wylądowała na twarzy stojącego przed nim przyjaciela. Leo natychmiast
złapał się za nos, przeklinając cicho osobę Andresa, spokojnego jak dotąd
faceta, którego niemalże nic nie było w stanie doprowadzić do tak wielkiego
rozkwitu emocji.
- O co ci chodzi, kretynie? – wrzasnął poszkodowany,
obserwując powiększającą się pod jego stopami szkarłatną kałużę krwi,
ściekającej z jego obolałego nosa.
- Już ty wiesz o co. – Iniesta zmierzył go groźnym
spojrzeniem, po czym oddalił się, żeby się rozgrzać.
~O~
Rozbrzmiał gwizdek sędziego, głoszący rozpoczęcie meczu.
Oczy milionów ludzi skierowały się na dwadzieścia dwie postacie, żwawo
ruszające się po murawie największego stadionu piłkarskiego w Europie, a
szczególnie tą jedną, która miała dziś na twarzy intrygujący opatrunek. Szukające
sensacji media, podobnie jak wszyscy kibice zastanawiały się, co też
przytrafiło się piłkarzowi, okrzykniętemu najlepszym na świecie, że musiał
zasłonić kawałek swojej twarzy tym okropnym bandażem.
Pewna para oczu na trybunach, przypatrywała mu się jeszcze
dokładniej, niż pozostali, zastanawiając się, skąd ten niechlubny dodatek. Do
południa przecież wyglądał normalnie… Dziewczyna planowała zapytać się go o to
po meczu. Miała tylko nadzieję, że był to głupi wypadek, a nie coś poważnego, a
nos jest tylko lekko draśnięty, a nie na przykład złamany. Znała go na tyle
dobrze, że doskonale wiedziała, że byłby on w stanie grać ze złamanym nosem.
Ba! Nawet z ręką w gipsie nie traciłby ochoty na grę!
Mecz, jaki rozgrywała dziś Barcelona miał być jednym z tych,
gdzie wygrywają kilkubramkową przewagą, każda z gwiazd klubu strzela gola, albo
chociaż odnotowuje asystę, a Valdes stoi na bramce tylko dlatego, że w złym
guście byłoby, gdyby sobie usiadł. Tymczasem jednak pierwsza połowa minęła w
nastroju niezgody i rozkojarzenia, spowodowanego głównie napiętą sytuacją pomiędzy
dwoma kluczowymi graczami. Gdyby byli zgrani, prawdopodobnie schodziliby do
szatni z manitą, wbitą po pierwszych czterdziestu pięciu minutach gry, z czego
jeden pewnie strzeliłby hat-tricka w pierwszej półgodzinie. Rywal był
niewymagający, przeciwnicy gubili się, praktycznie nie istnieli na ataku i
słabo sobie radzili na obronie, prawie podawali Katalończykom piłkę, pozwalając
im zadecydować o losach tego meczu. Ci jednak uparcie nie chcieli przejąć
inicjatywy, tworząc najgorszy rozegrany mecz w tym sezonie, a może nawet od
początku zakończonej już Ery Guardioli. Poza bezrobotnym Victorem wszyscy
starali się COŚ robić. Jednak okazało się, że to owe „coś” nie działało tak,
jak powinno bez dwóch skłóconych zawodników. Jeszcze z początku Messi nie
rozumiał, że Andres jest na niego śmiertelnie obrażony i starał się mu podawać.
Ten jednak przepuszczał wszystkie piłki, nadesłane przez Leo, a gdy miał okazję
mu podać – kiwał się z przeciwnikami, żeby tylko nie musieć w jakikolwiek
sposób kontaktować się z Argentyńczykiem.
W szatni cała drużyna została porządnie ochrzaniona przez
Tito, a dwóch spornych kolegów odesłanych na ławkę rezerwową, bez prawa głosu.
Mieli zakaz odzywania się do końca meczu choćby słowem i to na nich spadł
największy gniew Vilanovy. Zagroził, że w razie, jakby się nie dogadali, będą
pauzować na następnym meczu i nie wejdą ani na minutę. Żaden z mężczyzn nie był
zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale usiedli grzecznie w jak najbardziej
oddalonych od siebie częściach ławki, nie obdarzając się nawet spojrzeniem.
Mecz skończył się wymęczoną wygraną Barcelony 2:0. Nie było
to spotkanie, do którego wraca się po latach, a raczej jedno z tych, o którym
chce się jak najszybciej zapomnieć. Chłopcy zeszli do szatni ze spuszczonymi
głowami, udowadniając, że tak wspaniała drużyna też może mieć swoje gorsze, czy
wręcz beznadziejne dni i całkowicie zawalić spotkanie, zawodząc swoich fanów.
Tito kończył właśnie swoją pogadankę, której jego podopieczni
słuchali ze wzrokiem skupionym na jasnych deskach podłogowego parkietu, gdy w
drzwiach szatni stanęła drobniutka osóbka, krzywiąc się od unoszącego się w powietrzu
smrodu.
- Elina? – Messi poderwał się z miejsca i pokonał dystans
między nimi trzema krokami. Pocałował ją i przytulił do siebie mocno. - Co ty
tu robisz? Miałaś być pojutrze.
- Postanowiłam zrobić ci niespodziankę. Co ci się stało? –
spytała, dotykając ostrożnie bandaża na jego twarzy.
- Nic takiego, uderzyłem się – skłamał. Nie chciał wtajemniczać
jej w to wszystko, wolał spędzić wieczór spokojnie, niż tłumacząc się z czegoś,
czego na dobrą sprawę nawet nie pamiętał.
- Nie ładnie kłamać swojej dziewczynie – wtrącił opierający
się plecami o swoją szafkę Iniesta. – Powiedz Elinie, co zaszło.
- Zamknij ryj, Andres. Powiem ci w domu, złotko. Mister,
mogę już iść? – popatrzył błagalnie na Vilanovę, który najwyraźniej znał
tęsknotę za dawno widzianą ukochaną, gdyż kiwnął przytakująco głową.
- Messi, myślę, że twoja kobieta chciałaby wiedzieć, co naprawdę
robiłeś wczoraj, a nie znać tylko twoją wersję – drążył Andres. W Leo się
zagotowało, jednak postanowił zachować zimną krew, przynajmniej przy Elinie.
Chwycił swoją torbę i obejmując blondynkę w pasie, poprosił:
- Nie słuchaj go, kochanie. W domu ci wszystko wyjaśnię. Chodźmy już.
- Nie słuchaj go, kochanie. W domu ci wszystko wyjaśnię. Chodźmy już.
- O co mu chodzi? – spytała zdezorientowana dziewczyna,
patrząc wyczekująco na swojego faceta.
- O to, co on i moja siostra robili wczoraj wieczorem.
- Nie słuchaj go, błagam, wszystko ci wytłumaczę, skarbie,
ale chodź już – prosił Argentyńczyk, ciągnąc Elinę za rękę.
- Co robili?
- Skarbie, do cholery, chodźmy! – wrzasnął Messi, jednak na
Fince nie zrobiło to żadnego wrażenia. Patrzyła wytrwale na Andresa, który
niespiesznym krokiem podszedł do niej. Leo wiedział, co teraz będzie. Spytał go
zbolałym głosem: - Andres, kiedy stałeś się takim skurwysynem?
Ten tylko zaśmiał się gorzko i odparł, akcentując wyraźnie
każde słowo:
- Kiedy ty pieprzyłeś się z moją siostrą.
Elina przenosiła kolejno wzrok z Iniesty na Messiego, później
znów na Iniestę i ponownie na Leo. Do oczu cisnęły jej się łzy, jednak nie
pozwoliła im wyjść spod powiek; to nie było w jej stylu.
- Leo, czy to prawda? – Argentyńczyk nie odpowiedział,
mierząc się na spojrzenia z mężczyzną, którego jeszcze wczoraj nazywał
przyjacielem. – Odpowiedz mi! – Wciąż cisza. – Messi, kurwa mać, albo mi mówisz
czy z nią spałeś, albo z nami koniec! – wrzasnęła, wyrywając rękę z jego
uścisku. Piłkarz przeniósł na nią swój wzrok i powiedział:
- Nie wiem. Nie pamiętam.
- Jak to kurwa nie pamiętasz? Co to znaczy, że nie
pamiętasz?
- Mayte nakarmiła mnie jakimś świństwem i nie pamiętam nic z
wczorajszego wieczora. Ona twierdzi, że ze sobą spaliśmy, ale ja naprawdę tego
nie pamiętam. Uwierz mi, proszę cię. – Patrzył jej prosto w oczy, tłumacząc
wszystko spokojnie. Chłopcy, obserwujący uważnie ten spektakl wstrzymali
oddechy, razem z kolegą czekając na to, co powie Elina.
- To jest niesamowite… Najgłupsze kłamstwo, jakie słyszałam.
- Ale…
- Myślałeś, że się na to nabiorę? Naprawdę sądzisz, że
jestem taka głupia?
- Skarbie, proszę cię…
- Nie, to ja cię proszę. Proszę, powiedz mi prawdę.
- To jest prawda. Przysięgam. Mayte mi mówiła, że mnie czymś
naćpała, ja naprawdę nic nie pamiętam.
- Mayte ci mówiła? No tak, Mayte ci mówiła… A wiesz co Elina
ci powie? Że jesteś podłym oszustem. Jak wolisz Mayte, to ze mną zerwij, ale
nie bzykaj jej pod moją nieobecność, co? A jeśli po prostu chciałeś się wyżyć,
trzeba było mi powiedzieć, żebym wcześniej wróciła. Myślisz, że bym tego nie
zrobiła? Leciałabym jak głupia, jakbyś mi naopowiadał jak to za mną tęsknisz i
jak źle ci beze mnie. Ale dobrze, stało się, trudno. Tylko szkoda, że rano
byłeś taki niewzruszony, nie wyglądałeś jakby cię to specjalnie gryzło. A teraz
nie chcesz się nawet przyznać. Wystarczy mi jedno zdanie „tak, spałem z nią”,
zamiast głupich bajeczek o pigułkach.
- Wystarczy ci? Dobrze. Tak, spałem z nią. Lepiej? Możemy
pójść do domu?
Blondynka niemal zabiła go wzrokiem, tak gniewnym i pełnym
pogardy jednocześnie. Pokiwała z niedowierzaniem głową i bez zastanowienia
zacisnęła pięść i uderzyła go w dokładnie to samo miejsce, w które wcześniej
dostał od Andresa. Krew z jego nosa trysnęła jeszcze większym strumieniem niż
wtedy i nawet bandaż nie był w stanie jej zatamować.
- Szczyt bezczelności! Zabierz mnie do domu, spakuję się i
lecę do Finlandii. Cześć chłopaki – pożegnała gapiów wzniesieniem ręki i
wyszła, głośno trzaskając drzwiami. Piłkarze byli tak zamurowani, że mruknęli
jej tylko coś na kształt „cześć”. Niemal nie mrugali, przyglądając się tej
niecodziennej scence. Nawet Tito, który powinien rozgonić towarzystwo do domów,
lub chociaż pod prysznice, stał i patrzył na dalszy rozwój wydarzeń.
- Jesteś z siebie zadowolony? – syknął Messi, obdarzając
Andresa nienawistnym spojrzeniem i trzymając się za nos, wyszedł z szatni.
Iniesta wzruszył ramionami, wziął swoją torbę i burcząc
cicho pożegnanie także wyszedł z tego pomieszczenia.
~O~
Podróż do domu minęła Messiemu i Elinie w zadziwiającej
ciszy, przerywanej tylko cichym pomrukiem silnika. Żadne z nich nie wiedziało
jak zacząć rozmowę i czy w ogóle ją rozpoczynać. Blondynka siedziała skulona na
fotelu pasażera, nie walcząc już nawet ze łzami, natomiast on skupiał się na
drodze, myśląc o tym, jak przekonać ją, by mu uwierzyła.
Tuż po wjechaniu na podjazd, Finka wybiegła z auta i drżącą
dłonią usiłowała włożyć klucze do zamka, żeby dostać się do domu. Jej ręce
drżały, nie potrafiła wykonać pozornie tak prostego zadania, jakim było wejście
do środka. Im dłużej nie była w stanie tego zrobić, tym bardziej była
zdenerwowana, w wyniku czego ręce trzęsły jej się jeszcze bardziej, co z kolei
utrudniało jej otwarcie tych cholernych drzwi. Istne błędne koło…
- Daj. – Messi pojawił się przy niej jakby znikąd, zabrał
klucze i spokojnie włożył je do zamka, przekręcając dwa razy w prawą stronę.
Następnie nacisnął na klamkę i pozwolił jej wejść pierwszej. Elina rzuciła na
kanapę swoją torebkę i pobiegła do sypialni. Nie rozpakowywała się po powrocie,
więc część rzeczy miała już przygotowane, zostało jej zabrać resztę. Wyjęła z
szafy dwie walizki i poczęła pakować w nie wszystkie swoje ubrania, nawet nie
składając ich zbyt ładnie. – Kochanie, proszę usiądź i posłuchaj mnie przez
chwilę – poprosił Argentyńczyk, klękając koło niej i łapiąc ją za dłoń.
- Co? – warknęła blondyna, odwracając się do niego
raptownie. – To nie tak jak myślę? Sama wpakowała ci się do łóżka?
- Tak. Uwierz mi, naprawdę nic nie pamiętam. Nie wiem nawet
czy na pewno do czegoś między nami doszło, czy może tylko to sobie wymyśliła.
Czemu jest ci tak trudno mi zaufać?
Jego przeszywający wzrok lustrował jej twarz kawałek po
kawałeczku, szukając odpowiedzi na to właśnie pytanie, które tak go nurtowało
od samego początku. Tyle razy powtarzała mu, że go kocha, prawdziwie i
nieskończenie, że jest gotowa zostać przy nim do końca świata. A teraz, gdy on
potrzebuje, by mu uwierzyła, ona odtrąca go, nie słuchając nawet wyjaśnień.
Dlaczego, skoro miała być to taka wielka miłość?
Cisza narastała między nimi, budując cegiełka po cegiełce
mur, który był dla blondynki ciężki do przebicia. Sama nie wiedziała, czemu mu
nie ufa. Przecież dotąd była gotowa skoczyć za nim w ogień, jeśli tylko
powiedziałby jej, że to bezpieczne. Wymówka, której użył wydawała jej się tak
nierealna, że nie potrafiła się zmusić, żeby w nią uwierzyć. Tak bardzo pragnęła
łyknąć jego słowa nawet, jeśli były tylko słodkim kłamstwem, które chciał jej
na siłę wcisnąć, ale nie umiała się przemóc. To nie była pierwsza taka sytuacja
w jej życiu, kiedy instynkt bierze górę nad rozsądkiem. Wiedziała, że zazwyczaj
ten drugi nie dorasta pierwszemu nawet do pięt, może dlatego tak stanowczo
odpierała od siebie jego tłumaczenia?
- Powiedz mi, czemu? Zawiodłem kiedyś twoje zaufanie?
Kłamałem? Jeśli tak, to przypomnij mi, kiedy.
Elina otarła wierzchem dłoni łzy ze swoich policzków i
podniosła z walizki niechlujnie złożoną bluzkę w kolorze alabastru, składając
ją na nowo.
- Leo…
- Odpowiedz na pytanie. Czemu mi nie ufasz? – Chwycił jej
dłoń, trzymającą nieco pomiętą bluzeczkę, wciąż nie złożoną tak, jak być
powinna i popatrzył blondynce głęboko w oczy. Próbował swoim intensywnym
spojrzeniem stopić skandynawski chłód, którym skute były jej źrenice. Ona nie
odwracała wzroku, ciepło jego tęczówek, otoczonych czekoladową, okrągłą ramką,
przyprawiało ją o przyjemne dreszcze. Miał najpiękniejsze oczy, jakie ona
potrafiła sobie wyobrazić.
- Nie wiem. To głupie, prawda? Powinnam ci ufać, ale to nie
jest takie proste. – Wzięła głęboki wdech i kładąc dłoń, na jego kolanie,
powiedziała: - Daj mi to wszystko przemyśleć, dobrze?
- Dobrze, ale proszę cię, zostań tutaj, ze mną. Nie
wyjeżdżaj już. Przynajmniej nie z Barcelony, jeśli nie chcesz już mieszkać ze
mną – wyjęczał, zbyt dobrze wiedząc, co planuje jego Anioł. Gotowa była
wyjechać do Finlandii o każdej porze dnia i nocy, na co dzień ledwo ją
powstrzymywał przed spakowaniem jednej walizki „na wszelki wypadek”, jakby
miała nieoczekiwaną podróż w rodzinne strony. Tym bardziej był pewny, że jej
powrót do dziadka jest niemal nieuchronny.
- Leo, sam wiesz, że tam mi się najlepiej myśli.
- Tak, myśli ci się czy pić piwo czy wódkę… - mruknął. Nie
lubił, gdy zostawiała go samego, zamykając się w tej chatce dziadka albo jakimś
fińskim barze, odzywając się tylko raz na kilka dni. Nigdy nie mógł darować
sobie jakiegoś niewybrednego żarciku na ten temat.
- Przy alkoholu myśli się najlepiej – skwitowała. – Wyjadę.
Nie wiem na jak długo, nie wiem czy wrócę. Nie próbuj mnie zatrzymywać,
naprawdę. To nie ma sensu.
- Czemu nie ma? Elina, skarbie, uwierz mi, błagam cię.
W odpowiedzi blondyna tylko obrzuciła Leo smutnym
spojrzeniem i ponownie zabrała się do pakowania swoich rzeczy.
~O~
Kolejny poranek bez niej u jego boku. Był pewny, że dzisiaj,
kiedy się obudzi, będzie mógł popatrzeć na jej zanurzoną we śnie twarz, pobawić
się delikatnie jasnymi kosmykami jej włosów, musnąć wargami jej gładki policzek
i przytulić do siebie, pragnąc nacieszyć się jej obecnością. Niestety nie było
mu to dane, jego ukochana wyjechała po raz kolejny, nie dając mu nawet znaku
czy zamierza kiedykolwiek wrócić.
W nocy nie zmrużył oka, myśląc o tym wszystkim, co dzieje
się wokół niego. Przez coś, czego nawet nie pamiętał, rozpadło się jego życie
osobiste. Wprawdzie nie było oficjalnego zerwania ani ze strony jego, ani
Eliny, ale można uznać, iż są w separacji. Pewien słynny portal
społecznościowy, czyli jeden z wynalazków, w które Leo wolał się nie mieszać,
określiłby teraz ich relacje mianem „to skomplikowane”. Kilka „sympatycznych”
ludzi, pragnąc go wesprzeć, uznałoby, że lubi to, co właśnie się wydarzyło, a
jeszcze inni pocieszaliby go zaproszeniami na farmę. Jak dobrze, że nie miał
prywatnego konta na tym pożeraczu prywatności! Elina z resztą tak samo. Oboje
zgodnie uważali, że takie zabawki nie są im do niczego potrzebne.
Zaparzył sobie kawę, od której chyba zaczął się uzależniać,
zrobił sobie dwie kanapki z jakąś szynką niepewnego pochodzenia i pomidorem,
kupionym przedwczoraj w supermarkecie, po czym rozsiadł się na kuchennym
krześle i wpatrując się w nieco zarysowany i nie do końca czysty blat stołu,
rozpoczął żmudny proces konsumpcji. Odtworzył sobie w pamięci jedno z wielu
śniadań, spożywanych w obecności Eliny. Jej talent kulinarny może nie powalał
na łopatki, jednak robiła najlepszą jajecznicę na świecie. Dodawała znane tylko
sobie przyprawy, różne gatunki mięs, a później wlewała kilka kropel czegoś,
czego Leo wcześniej nie znał, domyślał się tylko, że jest to coś Fińskiego.
Następnie wykładała na talerze dwie porcje, mniejszą dla siebie i znacznie
większą dla niego, kładła po boku liski bazylii dla estetyki, kupiony wcześniej
świeży chleb lokowała w koszyczku, robiła dwie kawy, a następnie wołała swojego
mężczyznę, który w tym czasie zazwyczaj brał prysznic i się ubierał. Później
jedli sobie tą jajecznicę, która miała zbyt unikalny smak, by można było nazwać
ją zwykłą, bezpłciową papką, jaką zwykle dostaje się w obskurnych barach
śniadaniowych, i rozmawiali. Bez ściśle określonych tematów, bez tabu.
Rozważali zarówno tematy polityczne, o których ponoć niekulturalnie mówić
podczas posiłku, jak i banalne kwestie pogodowe. Nie czytali rano gazet, nie
przeglądali zawartości swoich telefonów, nie oglądali porannych wiadomości w
telewizji. Śniadanie było ich własną, prywatną częścią dnia. Kolacje czasem
jadali na zewnątrz, w restauracjach czy na bankietach, zazwyczaj pięknie ubrani
i w dzikiej atmosferze sztuczności i przepychu, której oboje nie lubili. Obiady
wypadały im różnie, czasami razem, jednak nieraz musieli poradzić sobie osobno
przez karierę któregoś z nich. Natomiast śniadań nikt nie był w stanie im
odebrać! Elina była rannym ptaszkiem, więc niemal codziennie wstawała przed
siódmą, nawet jak nastawały dni, kiedy mogła wyspać się za wszelkie czasy.
Messi zrywał się przed ósmą tylko dlatego, że go budziła krzątaniem się po
domu, albo grą na skrzypcach, której nie potrafiła sobie odmówić. Sądziła, że
nie słychać jej z najbardziej oddalonego od sypialni pokoju, jednak utwory,
które ćwiczyła, nawet na tym pozornie niegłośnym instrumencie, mogły skutecznie
wyrwać z najgłębszego nawet snu.
Ostatni łyk napoju bogów pozostawiony w czarnym kubku w
biało-szare koła – prezencie od Valdesa na dwudzieste czwarte urodziny -
szybkie ogarnięcie się i niemal szaleńcza jazda na trening były konsekwencją
rozmyślania o tej małej, kruchej postaci, która jeszcze do niedawna sprawiała,
że jego poranki były o wiele przyjemniejsze. Wpadł do szeregu w ostatnich
sekundach przed przyjściem Tito, dziękując sobie, że jednak nie dokończył tej
kawy, o której marzył całą drogę tutaj. Był padnięty po nocy spędzonej na
przewracaniu się z boku na bok i odpędzaniu wspomnień, które tak bezlitośnie
przywarły do jego myśli. Stanął obok Victora, który omiótł go tylko pogardliwym
spojrzeniem i uniósł głowę o kilka milimetrów, wprawiając Leo w konsternację.
Czyżby prowadzili z Iniestą zbiorowy gniew skierowany przeciwko niemu?
Vilanova nie powitał ich zbyt przyjaźnie, widać jego humor
też nie należał do najlepszych. Może to przez tą nietypową jak na to miejsce,
pochmurną pogodę? Niskie ciśnienie atmosferyczne i niebo obleczone kołdrą z
ciemnych, grubych chmur faktycznie nie sprawiało, że ludzie tryskają optymizmem
na prawo i lewo i rozdają uśmiechy nieznajomym, mijanym na ulicy, a raczej
zaszywają się w kątach swoich pokoi, z gorąca herbatą i zabijają czas oglądając
głupkowate sit-comy, nagminnie zsyłane przed telewizję, niczym jedenasta plaga
egipska.
Kilka ćwiczeń na rozgrzewkę wykonywali w parach, bo to
podobno łączy ze sobą członków drużyny. Leo został zajęty przez Puyola, który
już od samego początku przyglądał mu się badawczo.
- Złe wieści – oznajmił, nie tracąc czasu na przywitanie.
- To znaczy?
- Drużyna się podzieliła na zwolenników twoich i Iniesty.
- Jak to? Po co? To nasza sprawa, nie wtrącajcie się –
burknął Argentyńczyk, niezadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Ja się nie wtrącam, jestem kapitanem, nie mogę! Poza tym
moja inteligencja w porównaniu do nich, nie chwaląc się, sięga wyżyn,
przynajmniej w takich sprawach. Po tym jak wczoraj wyszliście, chłopaki wdali
się w dyskusję, który z was ma rację. Czy ty, że nie dajesz sobą pomiatać i
umiesz bronić swoich praw, czy on, bo w końcu zwymyślałeś jego siostrę, po tym
jak zdradziłeś swoją dziewczynę. – Napastnik już otwierał usta, gdy Carles
dodał: - Nie obchodzi mnie, jak było naprawdę, to sprawa między wami. Chcę
tylko, żebyście byli świadomi rozłamu w tej drużynie, którego nie toleruję!
Połowa wspiera ciebie, druga połowa Andresa. Nie wiem jak, ale macie to
zmienić, żeby nie było tu żadnych kłótni, jasne?
- Jemu to powiedz. – Leo wskazał ruchem głowy Iniestę, po
czym dodał, napotykając się na zniewieściały wzrok Tarzana: - Ale mi pasuje.
~O~
Czarne chmury wisiały nad drużyną. Jeszcze czarniejsze niż
te, który cały ranek spoczywały nad Barceloną, psując wszystkim początek dnia.
Próba Puyola, żeby pogodzić chłopaków nie tylko została bezlitośnie zgnieciona
i wyrzucona do kosza, razem z dziurawymi skarpetkami Pinto i podpleśniałą
szynką z kanapki Pedro, ale wywołała jeszcze głośniejsze spory i prawie
doprowadziła do bójki. Tito wkroczył w odpowiednim momencie, powstrzymując
rezerwowego bramkarza, jak zwykle pierwszego, co chodzi o przywalenie komuś w
mordę i Alvesa, który dwa dni temu pożegnał się z dziećmi na cały miesiąc i
wpadał we wściekłość z byle powodu.
- Co wam odpierdala?! – wrzasnął zirytowany Vilanova.
Przejechał wzrokiem po swoich podopiecznych, którzy zaczęli się przekrzykiwać,
jak małe dzieci w przedszkolu, tłumacząc, o co komu chodzi. – Dosyć! Co to za
kłótnie, co? Ile wy macie lat? To, o czym tak zażarcie wrzeszczycie od wczoraj,
jest sprawą tylko i wyłącznie między Messim i Iniestą, nie między wami! A i im
radzę szybko się przeprosić, pogodzić i wracać do pracy, bo nie ręczę za
siebie! Jasne? Ma być spokój, bo polecę wam po pensji i spanacham na
treningach, nie dając szansy na grę. A teraz pod prysznice, bo śmierdzicie! – zakończył
i obracając się zgrabnie na pięcie, wyszedł. Przez szatnię przeszedł głuchy
pomruk niezadowolenia, jednak ta jedna prośba trenera została spełniona,
wszyscy się umyli.
~O~
Rozpoczynał się maj, bardzo pogodny i ciepły, jednak
unoszące się nad FC Barceloną czarne chmury nie znikły, a wręcz jeszcze
bardziej ściemniały.
Pół roku temu drużyna zajmowała pierwsze miejsce w lidze i
była jednym z faworytów do wygrania Ligi Mistrzów. Optymiści nawet po cichu
mówili o powtórce z pierwszego sezonu obejmującego stanowisko trenera Guardioli
i komplecie pucharów. Który Culé by tego nie chciał? Ukochany klub
po raz kolejny osiągający coś, co dla innych mogło być tylko niedościgłym
marzeniem!
Jednak coś zaczęło się sypać. Jeden wieczorny incydent
czołowego napastnika skłócił całą drużynę, a bronienie bądź obrzucanie błotem
jego osoby przeniosło się na wzajemne wyzywanie siebie nawzajem. Tito robił, co
mógł. Groził, karał, prosił, próbował nawet przekupywać swoich podopiecznych, jednak
oni żyli w matni ciągłych kłótni i oszczerstw, psujących ich przyjaźnie, nie
tak dawno uważanych za wzorowe. Podczas meczów zwolennicy nieśmiałego
Argentyńczyka niemalże nie podawali piłki obrońcom bladego Hiszpana, a ci
odwdzięczali się im tym samym. Wynikiem ich dziecinnego zachowania było
odpadnięcie w walce o ćwierćfinał Ligi Mistrzów, spadek na siódme miejsce w
lidze i zawód setek tysięcy kibiców. Barcelona mogła powalczyć jedynie o Puchar
Króla i to tylko z powodu wystawiania przez Tito rezerw połączonych z pokojowo
nastawionymi graczami pierwszego składu, których było ledwie czterech, oraz
nikłego zainteresowania tymi rozgrywkami przeciwników. Dodatkowo ego Mourinho
bardzo skorzystało na tej sytuacji, w której Real był samotnym liderem La Ligi,
wyprzedzając drugą Valencię o 27 punktów i miał szansę wywalczyć puchar
Champions League.
Media huczały, dociekając, co takiego sprawiło, że
Barcelonę, jeszcze na początku sezonu nazywaną „niepokonaną”, ogarnęła taka
niezgoda. Wzajemna nienawiść między zawodnikami i gęsta atmosfera była wyczuwalna
nawet przez ekran telewizora podczas nagminnie przegrywanych meczów.
Konferencje prasowe nie przynosiły pożądanych przez dziennikarzy efektów,
dodatkowo żaden z piłkarzy nie chciał zgodzić się na prywatny wywiad. Powód
niedyspozycji drużyny nie był nikomu znany, pozostawały tylko domysły. Fani
załamywali ręce, nad obecną dyspozycją swoich ulubieńców, natomiast Mou je
zacierał, z uwielbieniem mówiąc, że to on skutecznie wystraszył „Pito”, który
postanowił nie ryzykować, a zejść Królewskiej drużynie z drogi po zwycięstwo!
Vilanova w końcu stracił poczucie własnej wartości, zwalając
winę na siebie. Co wieczór wspominał ze szklanką whisky w dłoni czasy, kiedy
Barca wiodła prym na futbolowej scenie, kierowana niespotykanym geniuszem
młodziutkiego Pepa, który bez braku doświadczenia zdobył 13 trofeów przez
zaledwie cztery sezony. On umiałby przemówić im do rozumu, podnieść drużynę z
kolan i odbudować utracony szacunek. On jest trenerskim ideałem, którym Tito
ledwie chciałby być. Sądził, że trwanie przez tyle lat u jego boku sprawiło, że
nauczył się chociaż części tego, co Pepowi wychodziło bez większego problemu,
jednak jak widać mylił się. Bliscy martwili się o jego marny stan psychiczny,
jednak sami winowajcy nawet nie zauważyli, że ich trener ma się coraz gorzej,
wciąż ze sobą walcząc. Był dla nich tylko „tym facetem, co wydziera się na
treningach”, dopóki nie ogłosił, że po sezonie zakończy swoją krótką karierę
trenerską, zostawiając tą drużynę komuś lepszemu, póki całkiem nie upadła.
Wygłosił długą, smutną przemowę, w której przeprosił Pepa, że swoją
niekompetencją zniweczył jego pracę, zarząd, że klub poniósł wielkie straty, a
także kibiców, którzy spodziewali się po tym sezonie czegoś znacznie więcej.
Z kolei Messi obarczał winą siebie. Uważał, że to on
powinien odpuścić na samym początku, jak jeszcze ten pożar był tylko drobnym
płomykiem. Kto wie, może miałby teraz na koncie kilka pucharów więcej, szansę
na kolejną Złotą Piłkę i ukochaną, o której słuch zaginął od jej wyjazdu do
Finlandii. Próbował do niej dzwonić lub pisać już nie raz, jednak wciąż mu się
to nie udawało, dziewczyna skutecznie unikała jakiegokolwiek kontaktu z nim.
Jej zespół wydał nową płytę, którą on kupił już w dniu jej premiery. Nie lubił
metalu, jednak z lubością wsłuchiwał się w każdą kolejną piosenkę, wyłapując
każde pociągnięcie smyczkiem, które trzymała szczupła dłoń jego ukochanej.
Najbardziej ukochał sobie piosenkę „Unohtaa”, w której skrzypce, odrobinę
wspomagane gitarą i perkusją, grały pierwszoplanową rolę, nieprzerywaną growlem
wokalisty. Wiele razy tłumaczył tytuł tego utworu, kupił nawet słownik
fińsko-hiszpański, żeby mieć stuprocentową pewność. Wszystkie wyniki
sprowadzały się do jednego, tak raniącego dla piłkarza słowa „zapomnieć”.
Doskonale wiedział, że jest to przytyk do ich rozstania, które dla niego wciąż
było tylko separacją. Cały czas łudził się, że ona kiedyś wróci i będą razem do
końca życia. Czuł, że to właśnie była miłość jego życia, że nie pozna drugiej
tak idealnej kobiety jak ona.
~O~
Elegancki garnitur podkreślał jego smukłą sylwetkę tworząc
klasyczny, tak pasujący do niego image. Mógł założyć jeansy i sweter, jednak
chciał wyglądać groźniej, musi siać postrach!
Pomysł, który zamierzał zrealizować, był dosyć niecodzienny,
ale powinien zadziałać. Nie mógł tak tego zostawić, dobrze widział, co dzieje
się z jego byłym asystentem i byłą drużyną. Czas zakończyć te głupoty, zażegnać
spory i wrócić do dawnej świetności. Przemowę szykował chyba tydzień, chociaż
pewnie i tak pójdzie na żywioł. Dzisiaj zmotywuje ich bez filmów o gladiatorach
i bez szczegółowej taktyki, jednak z ponadnaturalną ilością wulgaryzmów i
krzyku; wątpił, ażeby mógłby się przed tym powstrzymać.
- Poczekasz na mój znak, dobrze? – spytał drobnej
dziewczyny, idącej za nim dzielnie, chociaż z niemałym przerażeniem.
- Myśli pan, że to dobry pomysł? – Jej głos drżał nawet
bardziej niż dłonie, które chowała w kieszeniach.
- Ja to wiem. Inaczej się tego nie da załatwić! – skwitował,
otwierając ciężkie drzwi i puszczając ją przodem.
Pół godziny do finałowego meczu Copa del Rey, oczywiście z
Realem Madryt, który kasując wszystkich przeciwników po kolei, był pewny
wygranej jak rzadko. Zawodnicy w szatni Barcelony nie byli zbyt skupieni na
przygotowaniach do gry, jednak nie marnowali energii na kłótnie. Siedzieli w
trzech grupach, zwanych przez Tito „ci Messiego”, „ci Iniesty” i „ci normalni”,
czyli bezstronni, którzy nie ingerowali w życie prywatne kolegów. Vilanova nie
wierzył w wygraną, powiedział chłopakom tylko kilka słów, bo musiał to zrobić i
zostawił ich samych, z prośbą, żeby się nie pozabijali do meczu.
Kiedy łysy, szczupły mężczyzna wszedł do szatni, poprawiając
cienki, czarny krawat, wszyscy poderwali się z miejsc, pragnąc powitać byłego
trenera. Ten jednak nie miał ochoty na czułości i z miejsca ryknął:
- Co z wami jest kurwa nie tak?! – Piłkarze spojrzeli na
niego płochliwym wzrokiem, przyklejając się z powrotem do swoich miejsc. – Co
to ma być? Czemu gracie jak najgorsze łajzy?
W szatni ponownie zapanował hałas, gdyż wszyscy zaczęli
żywiołowo tłumaczyć, co tak ważnego wydarzyło się pół roku temu, że do tej pory
nie mogą się po tym pozbierać.
- Dobra, cicho już! Nie uważacie, że to jest sprawa tylko
Leo i Andresa? Że to oni powinni się wyzywać od najgorszych, a nie wy? A tu
widzę wręcz przeciwnie, ci dwaj się nie odzywają, za to wy aż nadto. Tylko
powiedzcie mi, czemu tak jest? Co? – Odpowiedziała mu cisza. – Nagle nie macie
nic do powiedzenia? Macie mi się pogodzić i to już, a nie zachowywać się jak
dzieci. Chociaż dzieci potrafią się zachować jak należy, a wy co? Wiecie jak
czuje się Tito? Dostał po mnie drużynę, która mogła wszystko, prawdziwy Dream
Team, wzór do naśladowania! Każdy szykował się na to, że za jego wodzy nie
zmieni się nic, poza tym, że tym wszystkim trzęsie facet w dresie, nie w
garniturze. Przez was uważa, że zawiódł wszystkich, którzy na niego liczyli,
jesteście z siebie dumni?! Ale wiecie co? Jeśli ktoś tu kogoś zawiódł, to wy -
mnie! Nie spodziewałem się po was takiego braku profesjonalizmu i
jakiegokolwiek wyczucia. Chłopcy, naprawdę was uwielbiam, ale jesteście bandą
kretynów, która poza czubkiem własnych nosów nie widzi niczego! Myślałem, że
nie trzeba was prowadzić za rączki i trochę luzu, jaki dał wam Tito nie wpłynie
na was źle, ale chyba się myliłem.
Wszystkie głowy były pospuszczane, Pep chyba trafił w ich
czuły punkt.
- Czy jak Leo i Andres się pogodzą, wy też wrócicie do tego,
co było? – spytał, a zauważając ich głowy kiwające się niemrawo w górę i w dół,
odwrócił się w stronę drzwi i zawołał: - Możesz wejść.
Do pomieszczenia nieśmiałym krokiem weszła niziutka, chuda
dziewczyna, z miną nie mniej zbolałą niż piłkarze. Stanęła koło Guardioli i
patrzyła na Leo przepraszającym wzrokiem.
- Opowiedz im, jak było naprawdę – poprosił Pep, siadając na
ławce. Mayte zawahała się, jednak widząc obojętne na jej strach spojrzenie
brązowych tęczówek byłego trenera jej brata, wzięła głęboki wdech i cichym
głosem opowiedziała całą historię, zaczynając od najważniejszej kwestii.
- Nigdy nie spałam z Leo. – Jej oczy zaszkliły się już po
tym jednym zdaniu, a język stanął kołkiem w gardle. Z trudem przełknęła ślinę i
dukała dalej: - Byłam o niego zazdrosna, chociaż nie powinnam. Nakarmiłam go
tabletką, która wyczyściła mu pamięć, spałam na kanapie, a nad ranem położyłam
się obok niego, żeby myślał, że do czegoś doszło. Nie chciałam rozbijać twojego
związku, Leo – zwróciła się bezpośrednio do niego, uznając, że tak będzie
łatwiej. I faktycznie, nie czuła się już jak skazany na śmierć więzień, ale jak
uczennica, pytana z materiału, którego nie rozumie. – Chciałam, żebyś
zastanowił się, czy na pewno chcesz być z Eliną, czy nie wolałbyś… mnie. Wiem,
to głupie, ale nie myślałam wtedy racjonalnie... Jeżeli zniszczyłam ci życie,
to przepraszam. Wiem, to za mało, ale nie wiem, co jeszcze mogę zrobić. Zadzwoniłam
do Eliny, wszystko jej wyjaśniłam, ale nie mam pojęcia, czy to coś zmieni.
Wysłuchała wszystkiego, zadała kilka pytań i się rozłączyła, jeśli to nie pomoże
to już naprawdę nie wiem. – Łzy zalewały jej policzki, rozmazując delikatny
makijaż, który nie wiadomo, po co nałożyła. – A was, chłopcy, przepraszam za
to, że przeze mnie się pokłóciliście i straciliście sezon. Jestem potworną
egoistką i nie zdziwię się, jeśli już się do mnie nie odezwiecie, ale proszę,
nie zrywajcie tych pięknych przyjaźni, jakie was łączyły, tylko przez taką tępą
i zimną sukę jak ja. Macie jeszcze jeden tytuł do wygrania w tym sezonie, a
jeszcze tyle lat gry przed wami. Zapomnijcie o ostatnim półroczu, błagam. Nie
dla mnie, czy dla mojego sumienia, ale dla kibiców, dla Tito, dla Pepa, ale
przede wszystkim dla siebie.
Zakończyła i spojrzała na Guardiolę, który siedział na
krześle z tą samą, niewzruszoną miną, mierząc swoich byłych podopiecznych
groźnym wzrokiem.
- Naprawdę zadzwoniłaś do Eliny? – spytał Messi, w którym
zrodziła się nowa nadzieja. Może jednak nie wszystko stracone? Mayte pokiwała
przytakująco głową, uśmiechając się do niego niepewnie.
- A teraz pokażcie, że macie jaja, wyjdźcie na boisko i
skopcie im te białe dupy! – zawołał Pep, zerkając na zegarek, wskazujący, że
już za dziesięć minut zacznie się mecz. – Ale najpierw podajcie sobie ręce i
powiedzcie kilka czułych słówek, jak na panienki przystało, a ja porozmawiam z
Tito.
~O~
Osiemnaście po drugiej.
W butelce została może szklanka wódki, może nawet mniej.
Świętowanie zwycięstwa nabiera nowego wymiaru.
Pep dokonał niemożliwego, po raz kolejny z resztą. Pogodził
drużynę, która wydawała się być na straconej pozycji. Wszak piłkarze
odzwyczajeni byli od gry „po ludzku”, a między starą-dobrą Barceloną, a tą
dzisiejszą istniała wielka przepaść, jednak zwycięstwo należało do nich.
Wymęczone, średnio sprawiedliwe, gdyż obie drużyny nie zasługiwały na nie tak
samo, ale jest.
Pep przekonał Tito, do pozostania na Camp Nou jeszcze przez
rok, na próbę, podbudowując, w sposób znany tylko sobie, jego samoocenę i dając
mu rady na zmotywowanie chłopaków. Leo wybaczył Mayte, jednak postanowił
ograniczyć ich kontakty, a chłopcy powoli wychodzili na prostą. Nie tylko
piłkarsko, wszak mieli ogromny potencjał na wygranie wszystkiego, co się da w
nowym sezonie, ale też prywatnie, wychodząc na ścieżkę pokoju i powoli wracając
do przyjaźni, co dało się zobaczyć już dziś, podczas cieszynki po wygranej.
Tylko Ona nie dała znaku życia. Nie przyleciała, nie
zadzwoniła, nawet nie wysłała maila czy głupiego smsa. Pół roku to widać zbyt
długi czas na rozłąkę. Najprawdopodobniej wzięła sobie do serca słowo „Unohtaa”
i zapomniała o małym Argentyńczyku, czekającym na nią w kraju, którego na dobrą
sprawę nie lubiła. Dlatego wlewał w siebie tą wódkę, zagryzając ją tylko
słonymi paluszkami. Ostatecznie zasnął na kanapie, w bardzo niewygodnej
pozycji.
Nie obudził go nawet krótki sms od Eliny, która czując, że Leo
nie śpi, opijając jedyny zdobyty przez drużynę puchar, poprosiła: „Chodź na
skype’a”.