Witam!
Dziś kolej na jedno z moich nielicznych tworów, które mi się podobają. Z Deu jestem bardzo zadowolona i mam nadzieję, że ktoś to przeczyta i może spodoba mu się chociaż trochę. Ów "twór" jest krótszy niż Messi, więc może ktoś będzie skłonny choćby go przejrzeć...
Kilka słów: Moim zdaniem udane opowiadanie, o jednym z moich młodych ulubieńców. Historia o dojrzałej miłości dwójki nastolatków, ograniczonej przez rodziców, niewierzących w to uczucie. W tle majestatyczne dzieła Gaudiego, poniekąd budujące całą opowieść.
Długość: 9 stron [4513 słów]
Dedykacja: Szczerze mówiąc, nie pamiętam, czy komuś tego parta dedykowałam. Napisałam go dawno, a moja pamięć jest bardzo zawodna. Dlatego dedykuję go wszystkim, którzy go przeczytają.
Bohaterowie: Deulofeu, Ona
Deulofeu
ON
Stoisz przede mną, ze wzrokiem utkwionym w czubki moich butów. Nie masz odwagi popatrzeć mi w oczy, doskonale wiedząc, co się w nich kryje. Niedowierzanie, smutek i złość połączone z dziką desperacją, wyraźnie zarysowane na moich tęczówkach koloru cynamonu, którego zapachu tak nienawidzisz. Czyżbyś nienawidziła też tej barwy, skoro tak uparcie powstrzymujesz się przed chociażby przelotnym spojrzeniem na moją twarz? Wiem, zawsze byłaś nieśmiała i trochę lękliwa, ale przy tym też troskliwa. Dlatego taki trud sprawia Ci wypowiedzenie tych kilku słów, którymi chcesz zmienić naszą rzeczywistość. Zanim to zrobisz, przypomnij sobie, źle nam ze sobą było? Spiszesz na starty te dwa lata bez żalu? Zapomnisz o nich? O mnie? Nie sądzę.
Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Był lipiec, szedłem z chłopakami koło Sagrada Familia. Im marzyło się poznanie jakichś ładnych turystek – a gdzie o to prościej, niż w pobliżu budowli, którą pragnie zobaczyć połowa Europejczyków? – natomiast ja chciałem tylko wyrwać się z domu. Nie pamiętam już, czemu miałem wtedy zły humor, prawdopodobnie z powodu mojej gorszej dyspozycji na porannym treningu, jednak oni zawsze byli, i wciąż są, w stanie wywołać na mojej twarzy uśmiech. Podobnie jak Ty. Stałaś wtedy po drugiej stronie ulicy, kilkadziesiąt metrów od Fasady Męki Pańskiej, ubrana w tą piękną, śnieżnobiałą sukienkę i wiklinowe koturny z morelowymi paskami. Robiłaś zdjęcia, z pasją wpatrując się w majestat budynku. Na ramię miałaś założony plecak w kolorze khaki, a długie, jasne włosy luźno opadały Ci na ramiona. Pamiętam jak dzisiaj, jak piękna wtedy byłaś. Jak piękna byłaś przez cały ten czas i jesteś teraz. Podejrzewam, że za siedemdziesiąt lat też nic się w tej kwestii nie zmieni.
Chłopaki byli pewni, że jesteś jedną z turystek, na które polowali. Twoja alabastrowa cera, jasne włosy, plecak i aparat mogły wskazywać na to, że Twoja ojczyzna jest gdzieś na północ stąd. Ja jednak od początku czułem, że jesteś Hiszpanką. Co więcej, że jesteś stąd, z Katalonii, z Barcelony! Chciałem do Ciebie podejść, zagadać, zaprosić Cię na lody albo pizzę, sama wiesz, że znam świetną pizzerię koło stadionu. Jednak jedyne, co potrafiłem w tamtej chwili, to stać wmurowany w szarą płytę chodnika i wgapiać się w Ciebie, z taką samą intensywnością jak Ty w majestatyczne dzieło Gaudiego.
Moi koledzy chcieli do Ciebie podejść i swoim łamanym angielskim zapytać, skąd jesteś i na ile przyjechałaś. Pewnie byś ich wyśmiała, będąc przy tym tak subtelna i naturalna, że nawet nie wyczuliby, że wyszli na idiotów. Albo zjadłaby Cię Twoja nieśmiałość, z którą ja sam użerałem się dosyć długi czas, i tylko bąknęłabyś, że musisz już iść, a Twoja twarz natychmiastowo przybrałaby kolor buraczków, które Twoja mama gotuje co drugą niedzielę, i których tak nienawidzę. Ale wtedy urzekłabyś mnie jeszcze bardziej. Uwielbiam, kiedy zalewasz się rumieńcami. Nie cała Twoja twarz zmienia kolor, tylko górna część policzków. Wyglądasz wtedy naprawdę słodko!
Przed zagadaniem do Ciebie powstrzymał ich tylko fakt, że odeszłaś. Wrzuciłaś aparat w plecak, spojrzałaś ostatni raz na budowlę i obracając się z gracją, poszłaś w nieznanym nikomu kierunku. Chłopcy przegapili moment, kiedy odchodziłaś, jednak ja wszystko obserwowałem. Dobrze widziałem, jak z najmniejszej kieszeni plecaka coś Ci wypadło, a Ty tego nie zauważyłaś. Jednak zamiast to chwycić i do Ciebie podbiec, stałem i przyglądałem się temu jak głupi. Dopiero ręce chłopaków z siłą uderzające mnie w ramię, wybudziły mnie z transu, w jakim byłem. Wtedy resztka zdrowego rozsądku nakazała mi wziąć tą zagubioną przez Ciebie rzecz.
Oboje mieliśmy tamtego dnia szczęście. Ja, ponieważ zgubiłaś legitymację, na której wypisane były Twoje dane, dzięki którym utwierdziłem się w przekonaniu, że mieszkasz w tym samym mieście, i Ty, że trafiłaś na uczciwego znalazcę, który zwrócił Ci dokument. Nie zwracając uwagi na protesty kolegów, którzy nie rozumiejąc, o co chodzi, krzyczeli za mną, żebym do nich wrócił, pobiegłem w tą stronę, w którą Ty niespiesznie podążałaś w tych swoich koturnach, co chwila oglądając się za siebie, by jeszcze raz nacieszyć oczy widokiem świątyni. Złapałem Cię dopiero koło mięsnego - na moje szczęście nigdzie nie skręcałaś – i zawołałem po imieniu. Przestraszyłaś się, bo skąd łapiący oddech chłopak, którego pierwszy raz widzisz na oczy, może znać Twoje imię? Szybko jednak wszystko Ci wytłumaczyłem, a Ty przyjęłaś to z uśmiechem, dziękując mi z całego serca, za to, że zadałem sobie ten trud i przyniosłem legitymację. Spytałem, czy w ramach rekompensaty dałabyś się zabrać na lody, a Ty posłałaś mi piękny, jednak onieśmielony uśmiech i pokiwałaś przytakująco głową. Serce zabiło mi szybciej, a kąciki ust samoistnie powędrowały w górę. Zabrałem Cię do najlepszej i jednocześnie najdroższej lodziarni, jaką znałem, mimo posiadania w kieszeni pieniędzy, za które miałem wracając do domu kupić dwa kilo mąki, mleko i tuzin jaj. Spędziliśmy w małym, przyjemnie urządzonym pomieszczeniu pół godziny, rozmawiając o tym, kim jesteśmy, co lubimy, jaką widzimy dla siebie przyszłość. Powiedziałaś mi, że ubóstwiasz Gaudiego i dlatego robiłaś wtedy te zdjęcia.
Do dzisiaj dziękuję jego geniuszowi, dzięki niemu się poznaliśmy!
O ile mnie pamięć nie myli, była to środa. Z nieba lał się skwar, przez co tak niechętnie wychodziliśmy z tamtego klimatyzowanego pomieszczenia. Dałaś mi swój numer, a ja obiecałem, że zadzwonię. I zrobiłem to już następnego dnia, zapraszając Cię na „spacer śladami Gaudiego”. Mówiłaś o nim tyle ciekawych rzeczy, że słuchałem z zapartym tchem, nawet pomimo mojego braku zainteresowania sztuką i historią.
Dwa miesiące później byliśmy już parą. Gdy pytałem Cię, czy zechciałabyś być moją dziewczyną, staliśmy koło Casa Vicens – kolejnego wspaniałego dzieła Antoniego. Miałaś na sobie dosyć odważną, lawendową sukienkę, w której wyglądałaś olśniewająco i czarne sandałki na lekkim podwyższeniu. Zrobiłaś sobie też kucyka, odsłaniając swoją smukłą szyję, która przez te dwa lata doprowadzała mnie do obłędu, skroploną delikatnymi, kwiatowymi perfumami. Zbierałem się na odwagę całą drogę i w końcu wydukałem swoje pytanie, a Ty uśmiechnęłaś się do mnie w ten wspaniały sposób i odpowiedziałaś na nie twierdząco. Słowo daję, byłem wtedy najszczęśliwszym chłopakiem w Barcelonie!
A teraz Ty zabrałaś mnie nad fontannę, zwaną Magiczną, żeby z mojego życia tą magię usunąć. Nie przekonują Cię moje pomysły, które co chwila podsuwam. Może nie są najlepsze, ale jestem zdesperowany. Widzę sens we wszystkim, byle tylko być z Tobą.
Wiem, jesteśmy młodzi, może głupi, niedojrzali. Ale czy to znaczy, że nasza miłość też taka jest? Kocham Cię i wiem, że Ty mnie też. Inaczej nie mówiłabyś mi tego tak często, nie posyłała takich pięknych uśmiechów, nie podarowała swojej niewinności pewnego zimnego, jesiennego wieczora, a Twoje oczy nie miałyby tych wesołych iskierek, gdy tylko natkną się na moją osobę. Czy to za mało, żeby dać temu uczuciu szansę?
Proponuję Ci kupno swojego własnego mieszkania i spróbowania życia we dwoje. Wiem, że byłoby nam ciężko, ale przecież mamy dobre rodziny, które gotowe są nas wesprzeć, a ja już co-nieco zarabiam. Wystarczyłoby na życie i Twoje zachcianki. Nauczylibyśmy się odpowiedzialności, pilnowalibyśmy się przed robieniem głupstw, wzajemnie podnosili na duchu, uspokajali i pouczali. Bylibyśmy ze sobą jak dawniej, ale na pełny etat.
Nie jesteś przekonana. Nie odzywasz się, niemal ignorujesz moje słowa. To naprawdę taki zły pomysł? Czy skoro robią tak ludzie cztery, lub nawet dwa lata starsi od nas, to my nie możemy? Wiek to tylko liczba, dojrzałość jest indywidualną cechą każdego człowieka, a ja jestem pewny, że my ją mamy. Nie odzywasz się, ciszą wetując mój kolejny argument. Unoszę Twój podbródek i przez chwilę próbuję złapać Twe spojrzenie. Skutecznie uciekasz mi oczami, jednak nie poddaję się. Przysuwam swoją twarz i wpijam się w Twoje usta, przyciskając Cię do siebie. Dopiero po pewnym czasie oddajesz pocałunek, wplatając mi we włosy swoją kruchą dłoń. Powiedz, nie jest Ci przyjemnie? Chcesz to stracić? Nie twierdzę, że dobrze całuję, sam nie jestem w stanie się o tym przekonać, ale jeśli by tak nie było, czy robiłabyś to tak chętnie?
Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek? Był kompletnie nieudany, ale mimo to piękny. Pod Casa Batllo, Wigilijnego poranka. Nawet nie miał być w usta, chciałem pocałować Cię w policzek, jednak inaczej przekręciłaś głowę i trafiłem w usta. Odrobinę się speszyłem, jednak Ty doskonale pół żartem, pół serio wybrnęłaś z sytuacji.
Zauważyłaś, że tak wiele naszych najważniejszych wspomnień wydarzyło się na tle dzieł Gaudiego? Nie wiem, czy jest jeszcze choćby jeden zaprojektowany przez niego budynek, który nie kojarzyłby mi się z Tobą. Jakbym kiedyś planował Ci się oświadczyć, też zrobiłbym to, mając na przykład Casa Mila za sobą, albo Park Guell wokół siebie. Widać ten architekt, który tak Cię inspiruje, jest już skazany na ozdabianie nam swoimi pracami każdego elementu naszego życia.
Gdy odrywam swoje usta od Twoich i słyszę Twój cichutki jęk, pytam, czy naprawdę nie chcesz ze mną zostać? Nie chcesz już mieszkać w mieście, gdzie króluje drużyna, w której pierwszym składzie mam nadzieję kiedyś regularnie grać, oraz geniusz - Gaudi? Czy naprawdę za nic masz możliwość spędzenia reszty swojego życia w miejscu, które naprawdę kochasz? Tyle razy mówiłaś mi, jakie masz szczęście, że dzieła Twojego ulubionego architekta możesz podziwiać zaledwie wychodząc z domu, nie chcesz, żeby było tak dalej? Wyciągnąłem najgrubszą artylerię i spytałem, co ze studiami, o jakich marzyłaś. Gdzie wyjedziesz i czy będzie tam wystarczająco dobry uniwersytet, żeby wyszkolić Cię na wziętego architekta?
Mówisz, że Twoim nowym domem ma być teraz Oviedo. To w Asturii, prawda? Osiemset kilometrów stąd. Wmawiasz mi, że jest tam uniwersytet na wysokim poziomie, że nie ma problemu ze studiami. Cichym, drżącym głosem, oznajmiasz, że nie martwisz się o przyszłość.
Twój tata jest policjantem, a teraz przenoszą go do Oviedo. Za dwa tygodnie już Cię tu nie będzie, zostawisz mnie samego. Rodzice nie pozwolą Ci zamieszkać ze mną. Są wzorowymi katolikami, stosującymi się do wszystkich reguł, nie daliby Ci zamieszkać w domu z chłopakiem, prawda? Uważają, że na to przyjdzie czas po ślubie. Typowe, konserwatywne myślenie… Chociaż może w pewnym sensie jest to idea?
- A co, jakbym ci się oświadczył? – pytam. W Twoich oczach rodzą się nowe emocje, których nie potrafię rozszyfrować. Strach? Zdziwienie? Szok. Tak, to chyba najlepsze określenie. Nie spodziewałaś się po mnie czegoś takiego, prawda? Nie sądziłaś, że byłbym do tego zdolny. Wiem, mamy dopiero osiemnaście lat, jesteśmy młodzi, niedoświadczeni… Ale ja naprawdę wierzę w to, że, może to zabrzmi banalnie, jesteśmy sobie pisani. – Oświadczyny nie muszą od razu oznaczać ślubu, a może twoi rodzice dadzą się przekonać i pozwolą ci mieszkać samej w Barcelonie.
Widząc Twoją nieprzekonaną minę, wysuwam setki argumentów, które mają Cię przekonać, żebyś chociaż spróbowała. Zapewniam, że ja się wszystkim zajmę. Wynajmę Ci mieszkanie, sam mogę mieszkać u swoich rodziców, jeśli jest to dla Twojej rodziny takie ważne. O pieniądze martwić się nie będziesz musiała, o wszystko zadbam, najwyżej Twoi rodzice wesprą Cię finansowo. Będziesz mogła studiować w mieście, które kochasz, a po zajęciach spotykać się ze mną, kibicować mi na meczach. Wiesz, jak uwielbiam Twoją obecność na trybunach? Twoją radość po golach i podziękowania, gdy któregoś Ci zadedykuję. Nie chcę tego stracić. Nie chcę żyć bez Ciebie, błagam, nie wyjeżdżaj.
Mam paść na kolana i wyjąć z kieszeni pierścionek z brylantem, żebyś rozważyła moją prośbę? Myślisz, że żartuję? Jestem gotowy ożenić się z Tobą. Jestem pewny jak niczego innego na świecie, że nigdy nie przestanę Cię kochać. Mam nadzieję, że Ty myślisz o tym uczuciu to samo, że chciałabyś, aby trwało wiecznie.
Patrzysz mi w oczy, jakbyś chciała spytać: „dlaczego mi to robisz?”. Chyba nie sądziłaś, że dam Ci spokojnie odejść! Widząc ten pełen beznadziei wzrok, zamykam Cię w mocnym i jednocześnie czułym uścisku. Trwamy tak dłuższą chwilę, gdy zaczynam czuć na koszulce mokry ślad. Płaczesz. A ja tak bardzo nie lubię, gdy to robisz. Masz taki cudowny uśmiech, po co psujesz go sobie tym grymasem i skrapiasz łzami?
- Tata się nie zgodzi – szepczesz w końcu z głową wbitą w mój obojczyk. – Ale ja bym chciała zostać tutaj z tobą. Gdybym tylko mogła…
Podnosisz mnie tymi słowami na duchu, utwierdzając w przekonaniu, że naprawdę mnie kochasz i chcesz tego, co ja. Przyciągam Twoją twarz do swojej i patrzę prosto w te wspaniałe, czekoladowe oczy, w których mogę tonąć godzinami, nie chcąc wezwać pomocy.
- Kochanie, spójrz na mnie – proszę, czekając aż Ty też przeniesiesz na mnie swój wzrok. – Oświadczę ci się dzisiaj wieczorem, oficjalnie. Kupię pierścionek i poproszę cię o rękę, a potem pójdziemy do twoich rodziców, powiedzieć im o tym, dobrze? Przekonamy ich, żeby pozwolili ci zostać. – Kiwasz przytakująco głową, połykając łzy. – Jesteś już dorosła, umiesz za siebie decydować. Muszą się zgodzić.
Całuję Cię delikatnie na pocieszenie, a następnie szepczę do ucha, że jeśli chcesz, możesz sobie wybrać pierścionek. Ty śmiejesz się cicho i palcem kreślisz mi na plecach linie wzdłuż kręgosłupa.
- Mógłbyś to zrobić przy moich rodzicach? Spytać ich, czy wyrażają na to zgodę i opowiedzieć o planach na przyszłość.
Zgadzam się, a Ty zapraszasz mnie na kolację u siebie w domu, w rodzinnym gronie.
ONA
Kupiłeś mi ten piękny i diabelnie drogi pierścionek z białego złota. Całą drogę do mojego domu dziękowałam Ci za starania, a Ty tylko uśmiechałeś się w ten przyjemny sposób i mówiłeś, że to nic takiego. Nie prawda, poświęcasz się dla mnie, a to dużo!
Siedzimy w jadalni, naprzeciwko moich rodziców. Nie jest tak sztywno, jak mogłoby się wydawać, zawsze byłeś w tym domu mile widziany i tak jest do teraz. Zyskałeś sobie sympatię zarówno mamy, która nigdy złego słowa na Ciebie nie powiedziała, jak i ojca, który z początku podchodził do naszego związku z rezerwą, jednak teraz chyba przyzwyczaił się do myśli, że jest jeszcze jeden facet, który darzy jego małą dziewczynkę takim silnym uczuciem, jakim bez wątpienia jest miłość.
Rozmowy milkną, jednak nie jest to dla nikogo niezręczne. Ty ściskasz pod stołem moją dłoń, wiem jak trudno będzie Ci zrobić to, co zaplanowałeś, jednak sam się w to wpakowałeś. Kiwam delikatnie głową, dając Ci znak, że najwyższy czas, abyś przeszedł do rzeczy. Unosisz się z krzesła i zabierasz głos. Wygłaszasz krótki monolog o swoich przekonaniach, zapewniasz o szczerości swoich uczuć i chęci pozostania ze mną na wieki. Prosisz, by pozwolili mi zostać u Twego boku już na zawsze, po czym wyciągasz z kieszeni pudełeczko z tym fantastycznym pierścionkiem wewnątrz. Prosisz ich o moją rękę.
Ojciec patrzy na Ciebie, analizując w myślach całą tą sytuację, a matka przykłada dłonie do ust. Pyta, czy wiesz o naszej przeprowadzce, a Ty pewnym głosem mówisz, że tak i że był to główny powód, dlaczego tak spieszysz się z tą decyzją. Mówisz, że teraz, albo nigdy, skoro chcą Ci mnie odebrać na zawsze. Kobieta patrzy na mnie i odrobinę przygaszona pyta, czy tego chcę.
Oboje zauważają entuzjazm w moim głosie, gdy mówię, że niczego bardziej nie pragnę. Chwytam Cię za lewą, bliższą mi dłoń i odwzajemniam uśmiech, którym mnie darzysz. Ojciec właśnie kończy kalkulacje, gdyż rozsiada się wygodniej na krześle i lustruje nas bezwzględnym wzrokiem. Za chwilę wyda na nas wyrok, albo wypuści na wolność, wcześniej jednak zmierzy nas swym przenikliwym wzrokiem, zabijając powoli naszą pewność siebie. Wysyłam mu telepatyczną prośbę o pośpiech, na którą on odpowiada tylko uniesieniem brwi. Niespiesznie sięga po szklankę z sokiem i pociąga zdrowy łyk napoju. Wszyscy milczą, czekając na jakieś jego słowo, on jednak ignoruje nasze ponaglające spojrzenia…
- Jesteście za młodzi – oznajmia w końcu, odstawiając szklankę na stół i wciąż wpatrując się w nas, zawieszając wzrok na naszych splecionych dłoniach. Ty wygłaszasz kolejny monolog o tym, że pomimo młodego wieku damy sobie radę, jesteśmy dojrzali, a w razie kłopotów mamy ich, albo Twoich rodziców, którzy też są bardzo życzliwi i służą pomocą. – Jesteście za młodzi – powtórzył ojciec, pogłębiając spojrzenie. Obawiam się, że ogarnie Cię panika i skapitulujesz, ale Ty dzielnie brniesz dalej, wpadając na kolejny pomysł.
- Kiedy będziemy w wystarczająco dobrym wieku? Za dwa lata?
- Co najmniej trzy!
Prosisz moich rodziców, żeby pozwolili mi zostać w Barcelonie przez ten czas, żebyśmy nie byli tak odizolowani od siebie i obiecujesz, że ślub weźmiemy dopiero za kilka lat. Jestem z Ciebie dumna! Sama także uważam, że jestem za młoda na małżeństwo, Ty pewnie też, a tutaj zamieniasz naszą wspólną niechęć na argument na naszą korzyść. Powiedz mi teraz, jak Cię nie kochać? Nie dość, że jesteś w stanie poświęcić się dla mnie i twardo negocjować z moim ojcem, to jeszcze jesteś tak kreatywny i pomysłowy.
Ojciec obiecuje, że to przemyśli, nie dając jednak jednoznacznego znaku, że się zgodzi. Dziękujesz mu, za chociaż tyle dobrej woli i podajesz pierścionek matce, która chciała go zobaczyć. Jest pod wrażeniem, faktycznie jest to jeden z najpiękniejszych brylantów, jakie kiedykolwiek widziałam.
Po kolacji mamy dwie godziny dla siebie, które spędzamy w moim pokoju. Rozmawiamy o naszym ewentualnym małżeństwie, życiu razem, osobno… O wszystkim i o niczym. Dlatego tak lubię z Tobą rozmawiać. Z jednego tematu tworzymy tysiące nowych, każdy następny jeszcze ciekawszy niż poprzedni. Ja siedzę po turecku, trzymając w rękach małą, niebieską poduszkę, jeden z prezentów od Ciebie na moją siedemnastkę, a Ty rozłożyłeś się na łóżku, opierając się na łokciach. Zaczyna się robić melancholijnie, rozmowy stają się bardziej filozoficzne, aż w końcu prawie rozklejam się, przytłoczona myślą, że mogę Cię stracić. Ty podnosisz się i jak zwykle próbujesz pocieszyć i nastawić pozytywnie, a gdy widzisz, że nic z tego, zawładasz moimi ustami. Wspaniale całujesz, wiesz?
Opadam na łóżko, a Ty za mną. Przyciskasz mnie swoim ciałem do materaca, jednak to mi ani trochę nie przeszkadza. Nie jesteś ciężki, a nawet, jeśli moje kości są nieco przygniecione, to lubię czuć na sobie wszystkie Twoje kilogramy. Usta, którymi do tej pory rozgrzewałeś moje wargi, muskają z uczuciem moją szyję. Mówiłam Ci kiedyś, że lubię, gdy to robią? Tak samo, kiedy zbliżają się do moich obojczyków, a później znów wspinają się po szyi, do moich ust. Nie ma piękniejszej, a na pewno nie przyjemniejszej drogi, jaką mogłyby przebyć po moim ciele.
Wczuwam się w sytuację, dlatego nie protestuję, gdy dajesz mi do zrozumienia, że moja bluzka Ci przeszkadza. Nie zamierzam jednak pozostać Ci dłużna i szybko pozbywam się Twojej koszulki, ignorując fakt, że tak cholernie mi się w niej podobasz! Oboje wiemy, do czego to wszystko dąży, jednak nie przestajemy. Powinniśmy, to oczywiste, ale chyba już nie potrafimy. A nawet, jeśli udałoby nam się zahamować władającą nami rządzę, to z pewnością nie teraz, a jakiś czas temu, gdy oboje mieliśmy na sobie spodnie, a Ty nie próbowałeś pozbawić mnie dolnej części bielizny. Górną już dawno odrzuciłeś gdzieś za siebie.
Pamiętasz nasz pierwszy raz? Ponury, jesienny wieczór, niedziela. Moi rodzice wyjechali do dziadków, a ja zostałam, robiąc projekt do szkoły. Temat brzmiał: „osoba, która Cię inspiruje”, więc włożyłam sporo pracy w przygotowanie idealnego przewodnika po najwspanialszych dziełach Gaudiego. Ty dzielnie trwałeś u mego boku, nawet pomimo faktu, iż dwa razy poprawiałam całość, uważając, że mi nie wyszło. Dostałam szóstkę, ale do tej pory uważam, że mogłam opisać jeszcze więcej.
W końcu skończyłam i odrobinę zmęczona położyłam się na łóżku obok Ciebie. Obie ręce miałeś założone za głowę, więc chwyciłam jedną i niemal siłą wyrywając ją z silnych objęć drugiej, zrobiłam z niej swoją poduszkę, pozwalając jej głaskać moje ramię. Patrząc Ci w oczy, spytałam, co chciałbyś teraz robić, a Ty uśmiechnąłeś się najpiękniej, jak tylko potrafisz, ukazując swój słodki dołeczek w policzku i pocałowałeś moje usta z taką namiętnością, jakby miała to być ostatnia rzecz w Twoim życiu.
Kilkakrotnie szarpałeś moją bluzką, a gdy zauważyłeś, że nic sobie z tego nie robię, zamaszystym ruchem ściągnąłeś ją ze mnie. Ukradkiem spojrzałam, jaki stanik miałam na sobie. Bordowy, z delikatną koronką, może pamiętasz? Ucieszyłam się w duchu, był to bowiem jeden z moich najładniejszych, a nie chciałam, żebyś widział mnie w jakimś brzydkim badziewiu. Gdy zacząłeś rozpinać guzik moich jasnych jeansów, byłam już przekonana, że teraz nie będzie odwrotu i chociaż chciałam tego, co miało się stać, czułam się dziwnie. Tym większe było moje zdziwienie, ale też i radość, gdy nagle oderwałeś się od moich ust i spytałeś, czy jestem pewna, że chcę to zrobić. Nie byłam pewna, aż do tamtej pory! Kiedy dałeś mi do zrozumienia, że jesteś gotowy jeszcze poczekać i wszystko zależy ode mnie, poczułam, że naprawdę chcę mieć Cię tak blisko, jak jeszcze nigdy. Tym pytaniem, niby tak banalnym, a jednak ważnym dla mnie, rozbudziłeś we mnie silne pożądanie, które chwilę później zdzierało z Ciebie koszulkę, rzucając ją gdzieś w kąt pokoju.
Leżymy obok siebie, stabilizując oddechy. Obserwuję Twoją klatkę piersiową, miarowo unoszącą się i opadającą, kątem oka dostrzegając, iż Twoje oczy błądzą po moim ciele. Nie czuję się zawstydzona, nieraz przecież widziałeś mnie nago. Za każdym razem na Twe usta wkradał się wtedy ten uśmieszek dziecka, otrzymującego jakiś słodycz. Nie chcę psuć Ci zabawy i widoku, ale zwlekam się z łóżka i zbieram z podłogi porozrzucane ubrania. Rzucam Ci Twoje, sama nakładam moje, puszczając mimo uszu Twój cichy jęk, który mam odebrać, jako swoisty protest przed kończeniem tego, co tak Ci się podoba.
Schodzimy do salonu, ze splecionymi dłońmi, śmiejąc się z dowcipu, który rzuciłeś wcześniej. Uwielbiasz zasypywać mnie żartami o blondynkach, szczególnie, gdy na Twoich oczach zrobię coś głupiego. Moi rodzice siedzą przy stole z grobowymi minami, a mi wystarczy jedno spojrzenie, żeby zrozumieć, o co chodzi. Nie zostawią mnie tu samej, nawet z Tobą. Myślę, że ZWŁASZCZA z Tobą. Nie mają nic przeciwko Tobie, tylko mojej ciąży, w którą na pewno zajdę, gdy tylko wyjadą. Uśmiecham się pod nosem na myśl, że ich nieobecność nie zmienia wcale ryzyka.
Matka przywołuje nas do siebie i każe usiąść. Chcesz puścić moją rękę, jednak nie pozwalam Ci na to, ze strachu. Nie chcę słuchać tego, co zaraz powiedzą rodzice, a jeśli nie mogę tego uniknąć, pragnę tylko Twej obecności i dotyku Twoich ciepłych dłoni.
- Przykro mi – zaczyna ojciec, a do moich oczu zbierają się łzy. Czyli będzie tak, jak myślałam, zabiorą mnie ze sobą, odbierając sens życia! – Jesteś jeszcze za młoda na małżeństwo. To, że masz te osiemnaście lat pozwala Ci jedynie kupować w sklepach alkohol, ale nie marnować sobie życie!
- Za trzy lata – mówisz spokojnie, przypominając wcześniejszą rozmowę. – Jeśli pan chce to nawet cztery, czy pięć.
- Posłuchajcie, to nie ja mam chcieć czy nie chcieć. Wy sobie nie poradzicie, nie jesteście wystarczająco odpowiedzialni, żeby mieszkać we dwoje. Nie wiem, ile ci płacą – zwraca się do Ciebie, z dziwnie życzliwym wzrokiem – ale zastanów się, czy wystarczy na życie, rachunki, studia… - Patrzę na ojca zdziwiona, a ten tylko wzrusza ramionami, mówiąc: - Chciałaś mieszkać sama, to płać za siebie.
- Wystarczy – zapewniasz. Masz w sobie tyle siły do tych rozmów, że wydaje się to aż nieprawdopodobne. Jesteś twardy i nieugięty, walczysz o swoje, czy raczej nasze, nie dając się zmanipulować. Po raz kolejny tego dnia płonę z dumy. – Z pewnością wystarczy, poza tym klub coraz poważniej myśli o przeniesieniu mnie do pierwszego zespołu. – Nie jesteś w tym momencie zbyt skromny, ale nie to jest teraz kluczem do sukcesu.
- Cieszy mnie twoja pewność siebie, ale dorosłość naprawdę nie jest taka kolorowa, jak wam się wydaje. Nie odbierzcie tego, co powiem źle, bo zawsze życzyłem wam jak najlepiej, ale nie wierzę, że raptem dwuletni związek ma szansę na przetrwanie tak ciężkiej próby. Będą kłótnie o porozrzucane skarpetki, o imprezy, o wyjścia na piwo z kolegami. Albo ciąża. A z dzieckiem jest jeszcze trudniej.
- Ale kto ci powiedział, że będziemy ze sobą mieszkać przed ślubem? – wybucham, pozwalając łzom zsuwać się po policzkach. – Za trzy lata ten dwuletni związek będzie pięcioletni. Poradzimy sobie, zaufaj nam – proszę, patrząc mu w oczy.
3 lata później
Wsuwam na siebie szlafrok i podchodzę do okna. Za oknem jest szaro i ponuro, pogoda tak idealnie oddaje mój nastrój. To już nasza trzecia rocznica, uwierzyłbyś? Dokładnie trzy lata temu zabrałeś mnie pod sklep mięsny, niedaleko Sagrada Familia, tłumacząc to faktem, iż to właśnie tam się tak naprawdę poznaliśmy. Siedliśmy na krawężniku i rozmawialiśmy. Objąłeś mnie ramieniem, co chwila skradałeś pocałunki i bezlitośnie przeganiałeś wszystkich, którzy prosili Cię o zdjęcie albo autograf. Powtarzałeś mi, że nigdy nie przestaniesz mnie kochać, zawsze będę Twoja, nawet, jeśli to ostatni dzień, kiedy się widzimy. Ciekawe czy dalej uważasz mnie za miłość swojego życia…
Wczoraj znalazłam w internecie zdjęcia Twoje i jakiejś dziewczyny. Nie wyglądałeś na kogoś, kto wciąż nie może się otrząsnąć po stracie bliskiej osoby, ale nie mogę Cię winić. Minęły trzy lata, przecież nie będziesz żył w celibacie tylko dlatego, że okazałam się za słaba, żeby postawić się rodzicom i uciec z tego zasranego Oviedo. Cieszę się, że jesteś szczęśliwy. Na każdym zdjęciu z nią byłeś taki uśmiechnięty… Zupełnie jak za starych-dobrych czasów, kiedy opowiadałeś mi jakieś zabawne anegdotki, albo mówiłam coś głupiego, dając Ci pretekst do opowiedzenia głupkowatego żartu o blondynkach.
Jedynym, co mnie pocieszało, był brak „mojego” uśmiechu. Tego, którym obdarzałeś tylko mnie! Czy to znaczy, że jeszcze coś do mnie czujesz? Może dalej mnie kochasz, ale znudziło Ci się czekanie na coś, co nigdy się nie stanie? Ja Cię kocham. Tak samo, jak wtedy, gdy nasze uczucie rozkwitło na dobre, wtedy, gdy było najsilniejsze.
Wiesz, że od naszej przeprowadzki nie zamieniłam z ojcem ani słowa? Pewnie skrytykowałbyś takie zachowanie, przecież dla Ciebie rodzina jest najważniejsza, jednak ja nie potrafię mu wybaczyć tego, że nie pozwolił mi zostać przy Tobie. Wciąż jestem na niego wściekła za pozbawienie mnie sensu mojego życia, jakim byłeś. Na matkę też zwalam część winy, ona przecież także wtrąciła swoje trzy grosze w tej sprawie. Jednak najbardziej zawiodłam się na sobie. Nie umiałam przeciwstawić się tej decyzji i zwlekałam trzy lata z ucieczką do Ciebie. Teraz to ja mogłam być obok Ciebie na tych zdjęciach, do mnie mogłeś się uśmiechać, obejmować mnie i prowadzić na plażę. Nigdy sobie nie wybaczę tego, że nie walczyłam o swoje szczęście…
Nie będziesz z tego zadowolony, ale trochę zawaliłam studia. Oczyma wyobraźni widzę Ciebie, patrzącego na mnie tym strasznym, groźnym wzrokiem i mówiącego z ironią „Na złość mamie odmrożę sobie uszy, co?”. I miałbyś rację, bo tak to właśnie było. Nie wiem, co chciałam im udowodnić, ale nie udało się. Znowu zawiodłam. Przepraszam.
Wiesz, czego boję się najbardziej? Że nikt mnie już nigdy nie pokocha tak, jak Ty, i że ja nikogo nie obdarzę takim pięknym uczuciem. Jak myślisz, czy to jest powód, dla którego trzymam w szufladzie te cholerne tabletki?
Nigdy nie sądziłam, że można aż tak cierpieć z miłości. Odwzajemnionej, bo wiem, że kochasz mnie, z kimkolwiek teraz jesteś. Może jakbym do Ciebie pojechała, rzuciłbyś wszystko i przyjął mnie z otwartymi ramionami? Kto wie, może znowu mogłabym poczuć się szczęśliwa i kochana? Ale to chyba mało ważne, bo nie pojadę. Minęło za dużo czasu, a ja jestem tchórzem. Jestem pieprzonym tchórzem, który pewnie kolejny raz traci szansę na odzyskanie miłości swojego życia! Znienawidź mnie za to, będzie Ci łatwiej żyć.
Oszalałam. Zwariowałam z samotności, doskonale to wiem. Nie odzywam się do nikogo, nie wychodzę z pokoju. Całymi dniami siedzę przed komputerem i obserwuję Cię. Wszędzie, gdzie tylko się da. Serwisy plotkarskie, Twój twitter, facebook. Oglądam każdy mecz, ciesząc się jak dziecko po golach, które strzelasz. Wciąż jestem z Ciebie dumna. Przez cały ten czas nie było ani jednej sekundy, żebym nie była.
Czuję, jak ogarnia mnie pieprzona melancholia, którą Ty zawsze skuteczne zwalczałeś pocałunkami. Zauważyłeś, że teraz więcej przeklinam? Jakbyś tu ze mną był, to byś zauważył…
W geście ostatecznej rozpaczy wyjmuję z szuflady tabletki, które już od miesiąca dręczą moją psychikę. Wsypuję sobie kilkanaście w garść i połykam, popijając je wczorajszą, niedopitą herbatą. Jeszcze chwila i zasnę, nigdy się nie budząc. Żegnaj więc znienawidzone Oviedo, wzgardzony przeze mnie świecie i ukochany Gerardzie! Dziękuję Ci, kochanie, za dwa wspólne lata i przepraszam, że nie było ich więcej…
Moi koledzy chcieli do Ciebie podejść i swoim łamanym angielskim zapytać, skąd jesteś i na ile przyjechałaś. Pewnie byś ich wyśmiała, będąc przy tym tak subtelna i naturalna, że nawet nie wyczuliby, że wyszli na idiotów. Albo zjadłaby Cię Twoja nieśmiałość, z którą ja sam użerałem się dosyć długi czas, i tylko bąknęłabyś, że musisz już iść, a Twoja twarz natychmiastowo przybrałaby kolor buraczków, które Twoja mama gotuje co drugą niedzielę, i których tak nienawidzę. Ale wtedy urzekłabyś mnie jeszcze bardziej. Uwielbiam, kiedy zalewasz się rumieńcami. Nie cała Twoja twarz zmienia kolor, tylko górna część policzków. Wyglądasz wtedy naprawdę słodko!
Przed zagadaniem do Ciebie powstrzymał ich tylko fakt, że odeszłaś. Wrzuciłaś aparat w plecak, spojrzałaś ostatni raz na budowlę i obracając się z gracją, poszłaś w nieznanym nikomu kierunku. Chłopcy przegapili moment, kiedy odchodziłaś, jednak ja wszystko obserwowałem. Dobrze widziałem, jak z najmniejszej kieszeni plecaka coś Ci wypadło, a Ty tego nie zauważyłaś. Jednak zamiast to chwycić i do Ciebie podbiec, stałem i przyglądałem się temu jak głupi. Dopiero ręce chłopaków z siłą uderzające mnie w ramię, wybudziły mnie z transu, w jakim byłem. Wtedy resztka zdrowego rozsądku nakazała mi wziąć tą zagubioną przez Ciebie rzecz.
Oboje mieliśmy tamtego dnia szczęście. Ja, ponieważ zgubiłaś legitymację, na której wypisane były Twoje dane, dzięki którym utwierdziłem się w przekonaniu, że mieszkasz w tym samym mieście, i Ty, że trafiłaś na uczciwego znalazcę, który zwrócił Ci dokument. Nie zwracając uwagi na protesty kolegów, którzy nie rozumiejąc, o co chodzi, krzyczeli za mną, żebym do nich wrócił, pobiegłem w tą stronę, w którą Ty niespiesznie podążałaś w tych swoich koturnach, co chwila oglądając się za siebie, by jeszcze raz nacieszyć oczy widokiem świątyni. Złapałem Cię dopiero koło mięsnego - na moje szczęście nigdzie nie skręcałaś – i zawołałem po imieniu. Przestraszyłaś się, bo skąd łapiący oddech chłopak, którego pierwszy raz widzisz na oczy, może znać Twoje imię? Szybko jednak wszystko Ci wytłumaczyłem, a Ty przyjęłaś to z uśmiechem, dziękując mi z całego serca, za to, że zadałem sobie ten trud i przyniosłem legitymację. Spytałem, czy w ramach rekompensaty dałabyś się zabrać na lody, a Ty posłałaś mi piękny, jednak onieśmielony uśmiech i pokiwałaś przytakująco głową. Serce zabiło mi szybciej, a kąciki ust samoistnie powędrowały w górę. Zabrałem Cię do najlepszej i jednocześnie najdroższej lodziarni, jaką znałem, mimo posiadania w kieszeni pieniędzy, za które miałem wracając do domu kupić dwa kilo mąki, mleko i tuzin jaj. Spędziliśmy w małym, przyjemnie urządzonym pomieszczeniu pół godziny, rozmawiając o tym, kim jesteśmy, co lubimy, jaką widzimy dla siebie przyszłość. Powiedziałaś mi, że ubóstwiasz Gaudiego i dlatego robiłaś wtedy te zdjęcia.
Do dzisiaj dziękuję jego geniuszowi, dzięki niemu się poznaliśmy!
O ile mnie pamięć nie myli, była to środa. Z nieba lał się skwar, przez co tak niechętnie wychodziliśmy z tamtego klimatyzowanego pomieszczenia. Dałaś mi swój numer, a ja obiecałem, że zadzwonię. I zrobiłem to już następnego dnia, zapraszając Cię na „spacer śladami Gaudiego”. Mówiłaś o nim tyle ciekawych rzeczy, że słuchałem z zapartym tchem, nawet pomimo mojego braku zainteresowania sztuką i historią.
Dwa miesiące później byliśmy już parą. Gdy pytałem Cię, czy zechciałabyś być moją dziewczyną, staliśmy koło Casa Vicens – kolejnego wspaniałego dzieła Antoniego. Miałaś na sobie dosyć odważną, lawendową sukienkę, w której wyglądałaś olśniewająco i czarne sandałki na lekkim podwyższeniu. Zrobiłaś sobie też kucyka, odsłaniając swoją smukłą szyję, która przez te dwa lata doprowadzała mnie do obłędu, skroploną delikatnymi, kwiatowymi perfumami. Zbierałem się na odwagę całą drogę i w końcu wydukałem swoje pytanie, a Ty uśmiechnęłaś się do mnie w ten wspaniały sposób i odpowiedziałaś na nie twierdząco. Słowo daję, byłem wtedy najszczęśliwszym chłopakiem w Barcelonie!
A teraz Ty zabrałaś mnie nad fontannę, zwaną Magiczną, żeby z mojego życia tą magię usunąć. Nie przekonują Cię moje pomysły, które co chwila podsuwam. Może nie są najlepsze, ale jestem zdesperowany. Widzę sens we wszystkim, byle tylko być z Tobą.
Wiem, jesteśmy młodzi, może głupi, niedojrzali. Ale czy to znaczy, że nasza miłość też taka jest? Kocham Cię i wiem, że Ty mnie też. Inaczej nie mówiłabyś mi tego tak często, nie posyłała takich pięknych uśmiechów, nie podarowała swojej niewinności pewnego zimnego, jesiennego wieczora, a Twoje oczy nie miałyby tych wesołych iskierek, gdy tylko natkną się na moją osobę. Czy to za mało, żeby dać temu uczuciu szansę?
Proponuję Ci kupno swojego własnego mieszkania i spróbowania życia we dwoje. Wiem, że byłoby nam ciężko, ale przecież mamy dobre rodziny, które gotowe są nas wesprzeć, a ja już co-nieco zarabiam. Wystarczyłoby na życie i Twoje zachcianki. Nauczylibyśmy się odpowiedzialności, pilnowalibyśmy się przed robieniem głupstw, wzajemnie podnosili na duchu, uspokajali i pouczali. Bylibyśmy ze sobą jak dawniej, ale na pełny etat.
Nie jesteś przekonana. Nie odzywasz się, niemal ignorujesz moje słowa. To naprawdę taki zły pomysł? Czy skoro robią tak ludzie cztery, lub nawet dwa lata starsi od nas, to my nie możemy? Wiek to tylko liczba, dojrzałość jest indywidualną cechą każdego człowieka, a ja jestem pewny, że my ją mamy. Nie odzywasz się, ciszą wetując mój kolejny argument. Unoszę Twój podbródek i przez chwilę próbuję złapać Twe spojrzenie. Skutecznie uciekasz mi oczami, jednak nie poddaję się. Przysuwam swoją twarz i wpijam się w Twoje usta, przyciskając Cię do siebie. Dopiero po pewnym czasie oddajesz pocałunek, wplatając mi we włosy swoją kruchą dłoń. Powiedz, nie jest Ci przyjemnie? Chcesz to stracić? Nie twierdzę, że dobrze całuję, sam nie jestem w stanie się o tym przekonać, ale jeśli by tak nie było, czy robiłabyś to tak chętnie?
Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek? Był kompletnie nieudany, ale mimo to piękny. Pod Casa Batllo, Wigilijnego poranka. Nawet nie miał być w usta, chciałem pocałować Cię w policzek, jednak inaczej przekręciłaś głowę i trafiłem w usta. Odrobinę się speszyłem, jednak Ty doskonale pół żartem, pół serio wybrnęłaś z sytuacji.
Zauważyłaś, że tak wiele naszych najważniejszych wspomnień wydarzyło się na tle dzieł Gaudiego? Nie wiem, czy jest jeszcze choćby jeden zaprojektowany przez niego budynek, który nie kojarzyłby mi się z Tobą. Jakbym kiedyś planował Ci się oświadczyć, też zrobiłbym to, mając na przykład Casa Mila za sobą, albo Park Guell wokół siebie. Widać ten architekt, który tak Cię inspiruje, jest już skazany na ozdabianie nam swoimi pracami każdego elementu naszego życia.
Gdy odrywam swoje usta od Twoich i słyszę Twój cichutki jęk, pytam, czy naprawdę nie chcesz ze mną zostać? Nie chcesz już mieszkać w mieście, gdzie króluje drużyna, w której pierwszym składzie mam nadzieję kiedyś regularnie grać, oraz geniusz - Gaudi? Czy naprawdę za nic masz możliwość spędzenia reszty swojego życia w miejscu, które naprawdę kochasz? Tyle razy mówiłaś mi, jakie masz szczęście, że dzieła Twojego ulubionego architekta możesz podziwiać zaledwie wychodząc z domu, nie chcesz, żeby było tak dalej? Wyciągnąłem najgrubszą artylerię i spytałem, co ze studiami, o jakich marzyłaś. Gdzie wyjedziesz i czy będzie tam wystarczająco dobry uniwersytet, żeby wyszkolić Cię na wziętego architekta?
Mówisz, że Twoim nowym domem ma być teraz Oviedo. To w Asturii, prawda? Osiemset kilometrów stąd. Wmawiasz mi, że jest tam uniwersytet na wysokim poziomie, że nie ma problemu ze studiami. Cichym, drżącym głosem, oznajmiasz, że nie martwisz się o przyszłość.
Twój tata jest policjantem, a teraz przenoszą go do Oviedo. Za dwa tygodnie już Cię tu nie będzie, zostawisz mnie samego. Rodzice nie pozwolą Ci zamieszkać ze mną. Są wzorowymi katolikami, stosującymi się do wszystkich reguł, nie daliby Ci zamieszkać w domu z chłopakiem, prawda? Uważają, że na to przyjdzie czas po ślubie. Typowe, konserwatywne myślenie… Chociaż może w pewnym sensie jest to idea?
- A co, jakbym ci się oświadczył? – pytam. W Twoich oczach rodzą się nowe emocje, których nie potrafię rozszyfrować. Strach? Zdziwienie? Szok. Tak, to chyba najlepsze określenie. Nie spodziewałaś się po mnie czegoś takiego, prawda? Nie sądziłaś, że byłbym do tego zdolny. Wiem, mamy dopiero osiemnaście lat, jesteśmy młodzi, niedoświadczeni… Ale ja naprawdę wierzę w to, że, może to zabrzmi banalnie, jesteśmy sobie pisani. – Oświadczyny nie muszą od razu oznaczać ślubu, a może twoi rodzice dadzą się przekonać i pozwolą ci mieszkać samej w Barcelonie.
Widząc Twoją nieprzekonaną minę, wysuwam setki argumentów, które mają Cię przekonać, żebyś chociaż spróbowała. Zapewniam, że ja się wszystkim zajmę. Wynajmę Ci mieszkanie, sam mogę mieszkać u swoich rodziców, jeśli jest to dla Twojej rodziny takie ważne. O pieniądze martwić się nie będziesz musiała, o wszystko zadbam, najwyżej Twoi rodzice wesprą Cię finansowo. Będziesz mogła studiować w mieście, które kochasz, a po zajęciach spotykać się ze mną, kibicować mi na meczach. Wiesz, jak uwielbiam Twoją obecność na trybunach? Twoją radość po golach i podziękowania, gdy któregoś Ci zadedykuję. Nie chcę tego stracić. Nie chcę żyć bez Ciebie, błagam, nie wyjeżdżaj.
Mam paść na kolana i wyjąć z kieszeni pierścionek z brylantem, żebyś rozważyła moją prośbę? Myślisz, że żartuję? Jestem gotowy ożenić się z Tobą. Jestem pewny jak niczego innego na świecie, że nigdy nie przestanę Cię kochać. Mam nadzieję, że Ty myślisz o tym uczuciu to samo, że chciałabyś, aby trwało wiecznie.
Patrzysz mi w oczy, jakbyś chciała spytać: „dlaczego mi to robisz?”. Chyba nie sądziłaś, że dam Ci spokojnie odejść! Widząc ten pełen beznadziei wzrok, zamykam Cię w mocnym i jednocześnie czułym uścisku. Trwamy tak dłuższą chwilę, gdy zaczynam czuć na koszulce mokry ślad. Płaczesz. A ja tak bardzo nie lubię, gdy to robisz. Masz taki cudowny uśmiech, po co psujesz go sobie tym grymasem i skrapiasz łzami?
- Tata się nie zgodzi – szepczesz w końcu z głową wbitą w mój obojczyk. – Ale ja bym chciała zostać tutaj z tobą. Gdybym tylko mogła…
Podnosisz mnie tymi słowami na duchu, utwierdzając w przekonaniu, że naprawdę mnie kochasz i chcesz tego, co ja. Przyciągam Twoją twarz do swojej i patrzę prosto w te wspaniałe, czekoladowe oczy, w których mogę tonąć godzinami, nie chcąc wezwać pomocy.
- Kochanie, spójrz na mnie – proszę, czekając aż Ty też przeniesiesz na mnie swój wzrok. – Oświadczę ci się dzisiaj wieczorem, oficjalnie. Kupię pierścionek i poproszę cię o rękę, a potem pójdziemy do twoich rodziców, powiedzieć im o tym, dobrze? Przekonamy ich, żeby pozwolili ci zostać. – Kiwasz przytakująco głową, połykając łzy. – Jesteś już dorosła, umiesz za siebie decydować. Muszą się zgodzić.
Całuję Cię delikatnie na pocieszenie, a następnie szepczę do ucha, że jeśli chcesz, możesz sobie wybrać pierścionek. Ty śmiejesz się cicho i palcem kreślisz mi na plecach linie wzdłuż kręgosłupa.
- Mógłbyś to zrobić przy moich rodzicach? Spytać ich, czy wyrażają na to zgodę i opowiedzieć o planach na przyszłość.
Zgadzam się, a Ty zapraszasz mnie na kolację u siebie w domu, w rodzinnym gronie.
ONA
Kupiłeś mi ten piękny i diabelnie drogi pierścionek z białego złota. Całą drogę do mojego domu dziękowałam Ci za starania, a Ty tylko uśmiechałeś się w ten przyjemny sposób i mówiłeś, że to nic takiego. Nie prawda, poświęcasz się dla mnie, a to dużo!
Siedzimy w jadalni, naprzeciwko moich rodziców. Nie jest tak sztywno, jak mogłoby się wydawać, zawsze byłeś w tym domu mile widziany i tak jest do teraz. Zyskałeś sobie sympatię zarówno mamy, która nigdy złego słowa na Ciebie nie powiedziała, jak i ojca, który z początku podchodził do naszego związku z rezerwą, jednak teraz chyba przyzwyczaił się do myśli, że jest jeszcze jeden facet, który darzy jego małą dziewczynkę takim silnym uczuciem, jakim bez wątpienia jest miłość.
Rozmowy milkną, jednak nie jest to dla nikogo niezręczne. Ty ściskasz pod stołem moją dłoń, wiem jak trudno będzie Ci zrobić to, co zaplanowałeś, jednak sam się w to wpakowałeś. Kiwam delikatnie głową, dając Ci znak, że najwyższy czas, abyś przeszedł do rzeczy. Unosisz się z krzesła i zabierasz głos. Wygłaszasz krótki monolog o swoich przekonaniach, zapewniasz o szczerości swoich uczuć i chęci pozostania ze mną na wieki. Prosisz, by pozwolili mi zostać u Twego boku już na zawsze, po czym wyciągasz z kieszeni pudełeczko z tym fantastycznym pierścionkiem wewnątrz. Prosisz ich o moją rękę.
Ojciec patrzy na Ciebie, analizując w myślach całą tą sytuację, a matka przykłada dłonie do ust. Pyta, czy wiesz o naszej przeprowadzce, a Ty pewnym głosem mówisz, że tak i że był to główny powód, dlaczego tak spieszysz się z tą decyzją. Mówisz, że teraz, albo nigdy, skoro chcą Ci mnie odebrać na zawsze. Kobieta patrzy na mnie i odrobinę przygaszona pyta, czy tego chcę.
Oboje zauważają entuzjazm w moim głosie, gdy mówię, że niczego bardziej nie pragnę. Chwytam Cię za lewą, bliższą mi dłoń i odwzajemniam uśmiech, którym mnie darzysz. Ojciec właśnie kończy kalkulacje, gdyż rozsiada się wygodniej na krześle i lustruje nas bezwzględnym wzrokiem. Za chwilę wyda na nas wyrok, albo wypuści na wolność, wcześniej jednak zmierzy nas swym przenikliwym wzrokiem, zabijając powoli naszą pewność siebie. Wysyłam mu telepatyczną prośbę o pośpiech, na którą on odpowiada tylko uniesieniem brwi. Niespiesznie sięga po szklankę z sokiem i pociąga zdrowy łyk napoju. Wszyscy milczą, czekając na jakieś jego słowo, on jednak ignoruje nasze ponaglające spojrzenia…
- Jesteście za młodzi – oznajmia w końcu, odstawiając szklankę na stół i wciąż wpatrując się w nas, zawieszając wzrok na naszych splecionych dłoniach. Ty wygłaszasz kolejny monolog o tym, że pomimo młodego wieku damy sobie radę, jesteśmy dojrzali, a w razie kłopotów mamy ich, albo Twoich rodziców, którzy też są bardzo życzliwi i służą pomocą. – Jesteście za młodzi – powtórzył ojciec, pogłębiając spojrzenie. Obawiam się, że ogarnie Cię panika i skapitulujesz, ale Ty dzielnie brniesz dalej, wpadając na kolejny pomysł.
- Kiedy będziemy w wystarczająco dobrym wieku? Za dwa lata?
- Co najmniej trzy!
Prosisz moich rodziców, żeby pozwolili mi zostać w Barcelonie przez ten czas, żebyśmy nie byli tak odizolowani od siebie i obiecujesz, że ślub weźmiemy dopiero za kilka lat. Jestem z Ciebie dumna! Sama także uważam, że jestem za młoda na małżeństwo, Ty pewnie też, a tutaj zamieniasz naszą wspólną niechęć na argument na naszą korzyść. Powiedz mi teraz, jak Cię nie kochać? Nie dość, że jesteś w stanie poświęcić się dla mnie i twardo negocjować z moim ojcem, to jeszcze jesteś tak kreatywny i pomysłowy.
Ojciec obiecuje, że to przemyśli, nie dając jednak jednoznacznego znaku, że się zgodzi. Dziękujesz mu, za chociaż tyle dobrej woli i podajesz pierścionek matce, która chciała go zobaczyć. Jest pod wrażeniem, faktycznie jest to jeden z najpiękniejszych brylantów, jakie kiedykolwiek widziałam.
Po kolacji mamy dwie godziny dla siebie, które spędzamy w moim pokoju. Rozmawiamy o naszym ewentualnym małżeństwie, życiu razem, osobno… O wszystkim i o niczym. Dlatego tak lubię z Tobą rozmawiać. Z jednego tematu tworzymy tysiące nowych, każdy następny jeszcze ciekawszy niż poprzedni. Ja siedzę po turecku, trzymając w rękach małą, niebieską poduszkę, jeden z prezentów od Ciebie na moją siedemnastkę, a Ty rozłożyłeś się na łóżku, opierając się na łokciach. Zaczyna się robić melancholijnie, rozmowy stają się bardziej filozoficzne, aż w końcu prawie rozklejam się, przytłoczona myślą, że mogę Cię stracić. Ty podnosisz się i jak zwykle próbujesz pocieszyć i nastawić pozytywnie, a gdy widzisz, że nic z tego, zawładasz moimi ustami. Wspaniale całujesz, wiesz?
Opadam na łóżko, a Ty za mną. Przyciskasz mnie swoim ciałem do materaca, jednak to mi ani trochę nie przeszkadza. Nie jesteś ciężki, a nawet, jeśli moje kości są nieco przygniecione, to lubię czuć na sobie wszystkie Twoje kilogramy. Usta, którymi do tej pory rozgrzewałeś moje wargi, muskają z uczuciem moją szyję. Mówiłam Ci kiedyś, że lubię, gdy to robią? Tak samo, kiedy zbliżają się do moich obojczyków, a później znów wspinają się po szyi, do moich ust. Nie ma piękniejszej, a na pewno nie przyjemniejszej drogi, jaką mogłyby przebyć po moim ciele.
Wczuwam się w sytuację, dlatego nie protestuję, gdy dajesz mi do zrozumienia, że moja bluzka Ci przeszkadza. Nie zamierzam jednak pozostać Ci dłużna i szybko pozbywam się Twojej koszulki, ignorując fakt, że tak cholernie mi się w niej podobasz! Oboje wiemy, do czego to wszystko dąży, jednak nie przestajemy. Powinniśmy, to oczywiste, ale chyba już nie potrafimy. A nawet, jeśli udałoby nam się zahamować władającą nami rządzę, to z pewnością nie teraz, a jakiś czas temu, gdy oboje mieliśmy na sobie spodnie, a Ty nie próbowałeś pozbawić mnie dolnej części bielizny. Górną już dawno odrzuciłeś gdzieś za siebie.
Pamiętasz nasz pierwszy raz? Ponury, jesienny wieczór, niedziela. Moi rodzice wyjechali do dziadków, a ja zostałam, robiąc projekt do szkoły. Temat brzmiał: „osoba, która Cię inspiruje”, więc włożyłam sporo pracy w przygotowanie idealnego przewodnika po najwspanialszych dziełach Gaudiego. Ty dzielnie trwałeś u mego boku, nawet pomimo faktu, iż dwa razy poprawiałam całość, uważając, że mi nie wyszło. Dostałam szóstkę, ale do tej pory uważam, że mogłam opisać jeszcze więcej.
W końcu skończyłam i odrobinę zmęczona położyłam się na łóżku obok Ciebie. Obie ręce miałeś założone za głowę, więc chwyciłam jedną i niemal siłą wyrywając ją z silnych objęć drugiej, zrobiłam z niej swoją poduszkę, pozwalając jej głaskać moje ramię. Patrząc Ci w oczy, spytałam, co chciałbyś teraz robić, a Ty uśmiechnąłeś się najpiękniej, jak tylko potrafisz, ukazując swój słodki dołeczek w policzku i pocałowałeś moje usta z taką namiętnością, jakby miała to być ostatnia rzecz w Twoim życiu.
Kilkakrotnie szarpałeś moją bluzką, a gdy zauważyłeś, że nic sobie z tego nie robię, zamaszystym ruchem ściągnąłeś ją ze mnie. Ukradkiem spojrzałam, jaki stanik miałam na sobie. Bordowy, z delikatną koronką, może pamiętasz? Ucieszyłam się w duchu, był to bowiem jeden z moich najładniejszych, a nie chciałam, żebyś widział mnie w jakimś brzydkim badziewiu. Gdy zacząłeś rozpinać guzik moich jasnych jeansów, byłam już przekonana, że teraz nie będzie odwrotu i chociaż chciałam tego, co miało się stać, czułam się dziwnie. Tym większe było moje zdziwienie, ale też i radość, gdy nagle oderwałeś się od moich ust i spytałeś, czy jestem pewna, że chcę to zrobić. Nie byłam pewna, aż do tamtej pory! Kiedy dałeś mi do zrozumienia, że jesteś gotowy jeszcze poczekać i wszystko zależy ode mnie, poczułam, że naprawdę chcę mieć Cię tak blisko, jak jeszcze nigdy. Tym pytaniem, niby tak banalnym, a jednak ważnym dla mnie, rozbudziłeś we mnie silne pożądanie, które chwilę później zdzierało z Ciebie koszulkę, rzucając ją gdzieś w kąt pokoju.
Leżymy obok siebie, stabilizując oddechy. Obserwuję Twoją klatkę piersiową, miarowo unoszącą się i opadającą, kątem oka dostrzegając, iż Twoje oczy błądzą po moim ciele. Nie czuję się zawstydzona, nieraz przecież widziałeś mnie nago. Za każdym razem na Twe usta wkradał się wtedy ten uśmieszek dziecka, otrzymującego jakiś słodycz. Nie chcę psuć Ci zabawy i widoku, ale zwlekam się z łóżka i zbieram z podłogi porozrzucane ubrania. Rzucam Ci Twoje, sama nakładam moje, puszczając mimo uszu Twój cichy jęk, który mam odebrać, jako swoisty protest przed kończeniem tego, co tak Ci się podoba.
Schodzimy do salonu, ze splecionymi dłońmi, śmiejąc się z dowcipu, który rzuciłeś wcześniej. Uwielbiasz zasypywać mnie żartami o blondynkach, szczególnie, gdy na Twoich oczach zrobię coś głupiego. Moi rodzice siedzą przy stole z grobowymi minami, a mi wystarczy jedno spojrzenie, żeby zrozumieć, o co chodzi. Nie zostawią mnie tu samej, nawet z Tobą. Myślę, że ZWŁASZCZA z Tobą. Nie mają nic przeciwko Tobie, tylko mojej ciąży, w którą na pewno zajdę, gdy tylko wyjadą. Uśmiecham się pod nosem na myśl, że ich nieobecność nie zmienia wcale ryzyka.
Matka przywołuje nas do siebie i każe usiąść. Chcesz puścić moją rękę, jednak nie pozwalam Ci na to, ze strachu. Nie chcę słuchać tego, co zaraz powiedzą rodzice, a jeśli nie mogę tego uniknąć, pragnę tylko Twej obecności i dotyku Twoich ciepłych dłoni.
- Przykro mi – zaczyna ojciec, a do moich oczu zbierają się łzy. Czyli będzie tak, jak myślałam, zabiorą mnie ze sobą, odbierając sens życia! – Jesteś jeszcze za młoda na małżeństwo. To, że masz te osiemnaście lat pozwala Ci jedynie kupować w sklepach alkohol, ale nie marnować sobie życie!
- Za trzy lata – mówisz spokojnie, przypominając wcześniejszą rozmowę. – Jeśli pan chce to nawet cztery, czy pięć.
- Posłuchajcie, to nie ja mam chcieć czy nie chcieć. Wy sobie nie poradzicie, nie jesteście wystarczająco odpowiedzialni, żeby mieszkać we dwoje. Nie wiem, ile ci płacą – zwraca się do Ciebie, z dziwnie życzliwym wzrokiem – ale zastanów się, czy wystarczy na życie, rachunki, studia… - Patrzę na ojca zdziwiona, a ten tylko wzrusza ramionami, mówiąc: - Chciałaś mieszkać sama, to płać za siebie.
- Wystarczy – zapewniasz. Masz w sobie tyle siły do tych rozmów, że wydaje się to aż nieprawdopodobne. Jesteś twardy i nieugięty, walczysz o swoje, czy raczej nasze, nie dając się zmanipulować. Po raz kolejny tego dnia płonę z dumy. – Z pewnością wystarczy, poza tym klub coraz poważniej myśli o przeniesieniu mnie do pierwszego zespołu. – Nie jesteś w tym momencie zbyt skromny, ale nie to jest teraz kluczem do sukcesu.
- Cieszy mnie twoja pewność siebie, ale dorosłość naprawdę nie jest taka kolorowa, jak wam się wydaje. Nie odbierzcie tego, co powiem źle, bo zawsze życzyłem wam jak najlepiej, ale nie wierzę, że raptem dwuletni związek ma szansę na przetrwanie tak ciężkiej próby. Będą kłótnie o porozrzucane skarpetki, o imprezy, o wyjścia na piwo z kolegami. Albo ciąża. A z dzieckiem jest jeszcze trudniej.
- Ale kto ci powiedział, że będziemy ze sobą mieszkać przed ślubem? – wybucham, pozwalając łzom zsuwać się po policzkach. – Za trzy lata ten dwuletni związek będzie pięcioletni. Poradzimy sobie, zaufaj nam – proszę, patrząc mu w oczy.
3 lata później
Wsuwam na siebie szlafrok i podchodzę do okna. Za oknem jest szaro i ponuro, pogoda tak idealnie oddaje mój nastrój. To już nasza trzecia rocznica, uwierzyłbyś? Dokładnie trzy lata temu zabrałeś mnie pod sklep mięsny, niedaleko Sagrada Familia, tłumacząc to faktem, iż to właśnie tam się tak naprawdę poznaliśmy. Siedliśmy na krawężniku i rozmawialiśmy. Objąłeś mnie ramieniem, co chwila skradałeś pocałunki i bezlitośnie przeganiałeś wszystkich, którzy prosili Cię o zdjęcie albo autograf. Powtarzałeś mi, że nigdy nie przestaniesz mnie kochać, zawsze będę Twoja, nawet, jeśli to ostatni dzień, kiedy się widzimy. Ciekawe czy dalej uważasz mnie za miłość swojego życia…
Wczoraj znalazłam w internecie zdjęcia Twoje i jakiejś dziewczyny. Nie wyglądałeś na kogoś, kto wciąż nie może się otrząsnąć po stracie bliskiej osoby, ale nie mogę Cię winić. Minęły trzy lata, przecież nie będziesz żył w celibacie tylko dlatego, że okazałam się za słaba, żeby postawić się rodzicom i uciec z tego zasranego Oviedo. Cieszę się, że jesteś szczęśliwy. Na każdym zdjęciu z nią byłeś taki uśmiechnięty… Zupełnie jak za starych-dobrych czasów, kiedy opowiadałeś mi jakieś zabawne anegdotki, albo mówiłam coś głupiego, dając Ci pretekst do opowiedzenia głupkowatego żartu o blondynkach.
Jedynym, co mnie pocieszało, był brak „mojego” uśmiechu. Tego, którym obdarzałeś tylko mnie! Czy to znaczy, że jeszcze coś do mnie czujesz? Może dalej mnie kochasz, ale znudziło Ci się czekanie na coś, co nigdy się nie stanie? Ja Cię kocham. Tak samo, jak wtedy, gdy nasze uczucie rozkwitło na dobre, wtedy, gdy było najsilniejsze.
Wiesz, że od naszej przeprowadzki nie zamieniłam z ojcem ani słowa? Pewnie skrytykowałbyś takie zachowanie, przecież dla Ciebie rodzina jest najważniejsza, jednak ja nie potrafię mu wybaczyć tego, że nie pozwolił mi zostać przy Tobie. Wciąż jestem na niego wściekła za pozbawienie mnie sensu mojego życia, jakim byłeś. Na matkę też zwalam część winy, ona przecież także wtrąciła swoje trzy grosze w tej sprawie. Jednak najbardziej zawiodłam się na sobie. Nie umiałam przeciwstawić się tej decyzji i zwlekałam trzy lata z ucieczką do Ciebie. Teraz to ja mogłam być obok Ciebie na tych zdjęciach, do mnie mogłeś się uśmiechać, obejmować mnie i prowadzić na plażę. Nigdy sobie nie wybaczę tego, że nie walczyłam o swoje szczęście…
Nie będziesz z tego zadowolony, ale trochę zawaliłam studia. Oczyma wyobraźni widzę Ciebie, patrzącego na mnie tym strasznym, groźnym wzrokiem i mówiącego z ironią „Na złość mamie odmrożę sobie uszy, co?”. I miałbyś rację, bo tak to właśnie było. Nie wiem, co chciałam im udowodnić, ale nie udało się. Znowu zawiodłam. Przepraszam.
Wiesz, czego boję się najbardziej? Że nikt mnie już nigdy nie pokocha tak, jak Ty, i że ja nikogo nie obdarzę takim pięknym uczuciem. Jak myślisz, czy to jest powód, dla którego trzymam w szufladzie te cholerne tabletki?
Nigdy nie sądziłam, że można aż tak cierpieć z miłości. Odwzajemnionej, bo wiem, że kochasz mnie, z kimkolwiek teraz jesteś. Może jakbym do Ciebie pojechała, rzuciłbyś wszystko i przyjął mnie z otwartymi ramionami? Kto wie, może znowu mogłabym poczuć się szczęśliwa i kochana? Ale to chyba mało ważne, bo nie pojadę. Minęło za dużo czasu, a ja jestem tchórzem. Jestem pieprzonym tchórzem, który pewnie kolejny raz traci szansę na odzyskanie miłości swojego życia! Znienawidź mnie za to, będzie Ci łatwiej żyć.
Oszalałam. Zwariowałam z samotności, doskonale to wiem. Nie odzywam się do nikogo, nie wychodzę z pokoju. Całymi dniami siedzę przed komputerem i obserwuję Cię. Wszędzie, gdzie tylko się da. Serwisy plotkarskie, Twój twitter, facebook. Oglądam każdy mecz, ciesząc się jak dziecko po golach, które strzelasz. Wciąż jestem z Ciebie dumna. Przez cały ten czas nie było ani jednej sekundy, żebym nie była.
Czuję, jak ogarnia mnie pieprzona melancholia, którą Ty zawsze skuteczne zwalczałeś pocałunkami. Zauważyłeś, że teraz więcej przeklinam? Jakbyś tu ze mną był, to byś zauważył…
W geście ostatecznej rozpaczy wyjmuję z szuflady tabletki, które już od miesiąca dręczą moją psychikę. Wsypuję sobie kilkanaście w garść i połykam, popijając je wczorajszą, niedopitą herbatą. Jeszcze chwila i zasnę, nigdy się nie budząc. Żegnaj więc znienawidzone Oviedo, wzgardzony przeze mnie świecie i ukochany Gerardzie! Dziękuję Ci, kochanie, za dwa wspólne lata i przepraszam, że nie było ich więcej…