Długość: 13 storn [5550 słów]
Dedykacja: Dla Oli, która lubuje się w takiej tematyce i kazała mi pisać sceny, których pisać nie umiem. Myślę, że wyszło mi to dobrze i nie jest mną zawiedziona :)
Bohaterowie: Torres, Ona
Torres
ONA
Jestem taka sama jak Ty. Nie z wyglądu, bo moja przeciętna
twarz nijak ma się do Twojej urody, czarne włosy nawet nie silą się na
przypominanie Twojej tlenionej czuprynki, nie mam też ani jednego z piegów,
którymi obsiane są Twoje policzki. Na pierwszy rzut oka wcale się nie
przypominamy, jesteśmy z dwóch różnych światów, jednak łączy nas więcej, niż
mogłoby się komukolwiek wydawać.
Oboje jesteśmy mistrzami w swoich dziedzinach, odrzuconymi
przez wszystkich, z powodu kilku niepowodzeń. Ty, objawienie piłkarskie,
wzgardzony przez świat, przez utratę formy, ponoć spowodowaną zmianą klubu.
Ludzie wieszają na Tobie psy, odkąd Twoja stopa stanęła po raz pierwszy na
murawie Stamford Bidge, a gdy każdy kolejny mecz był dla fanów tylko czekaniem
na gola, mającego Cię „odblokować”, coraz więcej osób się od Ciebie odsuwało.
Nikt nie zastanawiał się, czemu jest tak, a nie inaczej. Uważali, że to albo
przez Twoją niezdarność, albo psychikę, nagłą zmianę miejsca lub tym podobnymi pierdołami. Nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą, prawda?
Czasem martwi mnie ta wszechobecna znieczulica, która
zabrała Ci uwielbienie ludzkości, przez którą stałeś się „tym gorszym”. Nikt
nie spytał, jakie są prawdziwe powody, każdy wolał doszukiwać się swoich mniej lub bardziej irracjonalnych przypuszczeń. Nie wiem tylko, po co im to wszystko. Nie
znają Cię, wiedzą o Tobie tylko to, co dajesz im poznać. Skąd więc te
bezsensowne wnioski?
Nikt nie zna Cię tak dobrze, jak ja. Ale my przecież
jesteśmy tacy sami. Jedna dusza w dwóch ciałach. Czasem myślę, że Bóg
specjalnie podzielił ją na dwie części. Jedna, stanowiąca całość, byłaby tylko
zbędnym światu wrakiem, natomiast w dwóch częściach, ma szansę na przeżycie,
przetrwanie. Jedna część pociesza drugą, druga odwdzięcza się pierwszej tym
samym. Wyciągają się z dołków, które nie wiedzieć czemu, non stop się przed
nimi tworzą.
Cieszę się, że tamtego zimowego wieczora, kiedy temperatura
na minusie była równa wysokości moich szpilek, wpadłeś na mnie na tamtej
imprezie, oblałeś piwem i wybełkotałeś, jak to niby bardzo Ci przykro. Cieszę
się z tego, że gniewałam się na Ciebie, w końcu zalałeś mi moją nową, pastelowo
błękitną sukienkę, za którą dałam ¾ pensji, a Ty do końca wieczoru chodziłeś, o
ile można to tak nazwać, za mną i prosiłeś o przebaczenie. Ostatecznie cały
wieczór spędziłam szczelnie owinięta Twoją marynarką, którą oddałam Ci
następnego ranka, gdy obudziliśmy się w nietypowych miejscach w pokoju, który
wynająłeś, aby nie musieć wracać po pijaku taksówką. Nie wiem jak się tam z
Tobą znalazłam, wiem tylko, że to był mój pierwszy raz, gdy noc spędziłam na
parapecie, opierając się głową o okno i przytulając doniczkę z jakimś dziwnym
kwiatkiem.
Pamiętam także wspólne leczenie kaca, dzielenie się metodami na zwalczanie bólu głowy i wydzieranie się na całe gardło,
aby tylko zrobić sobie na złość. Cudowne, beztroskie czasy, gdy jeszcze niczym
się nie przejmowaliśmy. Ty miałeś wiernych fanów, trzymających Twoją stronę,
cokolwiek by się nie stało, a ja nie byłam w wiecznej depresji.
I teraz, tak samo jak Ty, wypijam szklankę wody, żeby trochę
ochłonąć i nabrać energii na więcej. Bo oboje dobrze wiemy, że ta noc się tak
szybko nie skończy, że to dopiero początek. Beznamiętnym głosem rzucasz, że
masz same truskawki, co ja kwituję tylko chłodnym „może być”.
- Zaraz wracam – mruczysz, biorąc w dłoń telefon i wychodząc
na korytarz. Znowu dzwonisz do żony, ściemniając jej, że nie możesz dziś
wrócić. Znów kazali Wam siedzieć w hotelu przed jutrzejszym meczem w ramach
integracji? Żałosna wymówka, ale ważne, że działa. Wciskasz ją już kolejny raz,
a ona ciągle się na to łapie. To aż dziwne, że niczego nie podejrzewa. Nie znam
jej, ale z tego, co opowiadasz, jest strasznie naiwna. Albo chce taka być…
Rozmowa trwa nie więcej niż dwie minuty. Wchodzisz do
pokoju, mówiąc do słuchawki zdawkowe: „ja ciebie też” i rozłączając się.
Rzucasz telefon na biurko i klękasz na łóżku.
- To co? Kontynuujemy, czy potrzebujesz jeszcze chwilkę? –
pytasz, uśmiechając się zawadiacko.
- O mnie się nie martw – prycham i przyciągam Cię do siebie.
-//-
Stoję przed lustrem i nie mogę się napatrzeć na tę zmęczoną
twarz, sińce pod oczami i rozczochrane włosy, których pewnie nie będę mogła
ogarnąć przez dobrą godzinę. To przez Ciebie. Nie dawałeś mi spać, to się nie
wyspałam. Gdyby nie dzisiejszy mecz i moja nieuzasadniona wiara w to, że w
końcu coś strzelisz - nawet, jeśli miałby to być strzał z Colt’a do tych
wszystkich kretynów, wyzywających Cię z uniesionym do góry środkowym palcem -
pewnie obudziłabym Cię o piątej rano czymś głośnym albo strasznie denerwującym.
Znaj jednak mą dobroć, jesteś w końcu drugą połową mojej duszy.
Przemywam twarz wodą i związuję
włosy w bezładnego kucyka. Nie mam siły zajmować się swoim wyglądem, nie boję
się nawet, że mógłbyś mnie zobaczyć w takim stanie i się przerazić. Ostatniej
nocy zbyt dobrze się ze mną bawiłeś, żeby tak łatwo z tego zrezygnować. Pewnie
powiesz, że i tak jestem piękna, żeby tylko nie pogrążyć mnie w bagnie moich
kompleksów.
Idąc do kuchni, zaglądam do sypialni, by jeszcze raz ujrzeć
Twoją śpiącą postać, przykrytą szczelnie kołdrą, co jest, tak na marginesie,
moją zasługą. Śpisz mocno, nie reagując na żadne bodźce, docierające do Ciebie
z zewnątrz, wliczając w to mojego kota, łapiącego Twój duży palec u stopy. Zabieram
zwierzaka z pokoju, żeby Cię chociaż nie obudził i idę zrobić nam śniadanie.
Niosąc w lewej ręce wyrywającego się Gracjana, myślę, czy ten
nasz cały pseudo-romans ma jakiś sens. Możemy być sobie bliscy i bez seksu, nie
sądzisz? Ty nie zaniedbywałbyś wtedy rodziny, a ja czuła odrobinę mniejszą
niechęć do siebie. Okłamujesz żonę, dzieci, matkę, ojca, wszystkich znajomych,
a nawet cały świat, udając, że Wasze małżeństwo z Olallą jest całkowicie
normalne, chociaż tak naprawdę, jeśli mogę wierzyć temu, co mi powiedziałeś
pewnego pochmurnego popołudnia, gdy popijaliśmy razem piwo, oglądając mecz,
jesteś już znudzony tą całą monotonią, która ogarnęła Wasz związek. Chcesz
czegoś nowego, a ja niewątpliwie Ci tego dostarczam. Jestem gotowa na wszystko,
nie znam słów „nie wypada”, „nie mam czasu” czy „boję się”. Dla Ciebie zawsze
znajdę chwilę, którą możesz wykorzystać jak tylko chcesz i gdzie tylko
pragniesz.
Jednak mimo wszystko czuję się potwornie z myślą, że niszczę
Wasze małżeństwo. Pytanie: czy można zepsuć coś, co nigdy nie działało
prawidłowo? Jednak chyba coś kiedyś między Wami było, skoro jesteście ze sobą
ładnych kilkanaście lat, i spłodziliście przy okazji dwójkę uroczych dzieci. Właśnie!
Nie szkoda Ci dzieci? Czy są one jedynym powodem, dla którego jeszcze nie zażądałeś
rozwodu? Czy wolisz wciąż je oszukiwać, tworząc im iluzję normalnej rodziny,
czy zrobisz odważny, męski krok, odbierając im tym samym część dzieciństwa?
Właściwie nie wiem, co planujesz. Odkąd lista wspólnie
wykonywanych czynności wzrosła o jeden zajmujący punkt, rozmowy o związkach
stały się takie… pretensjonalne. Może powinniśmy to zmienić? Zanim zabrniemy za
daleko, zanim się w sobie zakochamy…
Jestem w trakcie smażenia jajecznicy – jedynego dania, które
mi wychodzi – gdy obejmujesz mnie w pasie i szepczesz do ucha:
- Witaj, piękna. – Odwracam się do Ciebie przodem i daję
pocałować. - Byłaś niesamowita – mruczysz, ocierając się nosem o moją twarz.
- No wiem, wiem. Jedyna rzecz, która mi w życiu wychodzi –
kwituję i zanim zdążysz zaprzeczyć, że przecież jest tak dużo rzeczy, które
potrafię, pytam: - Czemu nie śpisz?
- Olalla dzwoniła i mnie obudziła.
- Co chciała?
- Nieważne. Jajeczniczka? – Zerkasz mi przez ramię, jednak
ja nie zamierzam Ci odpuścić. Nie tym razem!
- Ważne. Co chciała?
Wzdychasz i odklejasz się ode mnie, siadając na krześle.
Przez chwilę patrzysz w przestrzeń, jednak w końcu zaczynasz mówić:
- Dowiedziała się, że wcale nie musimy spać w hotelu. Że
nawet nie ma hotelu! I to wiesz od kogo? Od kochanego Juana – ironizujesz,
przewracając oczami. – Wsypał mnie, bo zadzwonił i spytał czy jestem. Jakby nie
wiedział, że noce przed meczami spędzam tutaj.
- A wie? – Szeroko otwieram oczy, zdziwiona faktem, że
komukolwiek o nas powiedziałeś. Przytakujesz, stukając rytmicznie palcami w
blat stołu. Patrzę na Ciebie wzrokiem, mającym bez słów powiedzieć Ci, jakim
jesteś kretynem.
- To mój przyjaciel, sądziłem, że mnie nie wyda –
tłumaczysz, odwracając wzrok. Widzę, że opowiadanie o tym bez emocji jest dla
Ciebie trudne, ale nie wiem, dlaczego starasz się hamować naturalne, ludzkie
odruchy. Kiedyś potrafiliśmy rozmawiać godzinami, śmiać się, wyzywać wszystko i
wszystkich, wylewać potoki łez, a teraz nie jesteś w stanie nawet opowiedzieć
mi szczegółowo, jak wyglądała Twoja pobudka. Posługujesz się tylko krótkimi
zdaniami, nie zmieniasz za bardzo tonu głosu. Nie wiem, co mam o tym myśleć…
Siadam na krześle naprzeciwko Ciebie i bacznie przyglądam
się Twojej twarzy. Widać na niej kilka oznak niewyspania, jednak generalnie
wyglądasz normalnie, bez żadnych oznak strachu czy gniewu.
- Mam pytanie – zaczynam cichym, ale zdecydowanym głosem. – Nie
uważasz, że nasza przyjaźń opiera się teraz głównie na seksie?
- Nie odczułem tego – mówisz, uśmiechając się szyderczo. –
Ale mów dalej.
- Kiedyś potrafiliśmy przegadać całą noc, a teraz ledwie
zamieniamy kilka słów i od razu wskakujemy do łóżka. To nie jest normalne,
przynajmniej nie na nasze relacje. Zaczynaliśmy jako dobrzy przyjaciele i chcę,
żebyśmy dalej się dogadywali tak dobrze, jak wtedy.
- Czyli co zamierzasz? Koniec z seks-przyjaciółmi?
- Nie. Bez przesady! Ograniczmy nieco to pierwsze i skupmy
się bardziej na tym drugim. – Zgadzasz się, na co odpowiadam tylko dziękczynnym
uśmiechem i idę ratować jajecznicę, która chyba zaczyna się już przypalać. – To
co z tą Olallą?
- Nic. Powiedziałem, że muszę iść i wszystko jej wyjaśnię,
jak wrócę do domu. Wieczorem.
- Jesteś potworem – kwituję, na co Ty odpowiadasz tylko:
”wiem”.
Następny dzień, późne
popołudnie
- Wyjedź ze mną na wakacje – prosisz, nawijając sobie na palec
kosmyk moich włosów. Nie wiem, skąd w Tobie przypływ takiego romantyzmu, zwykle
po seksie albo wychodzisz na przysłowiowego „papierosa”, albo wracasz do żony.
Zdarza się też, że pytasz o powtórkę lub odwracasz się na bok i zasypiasz. A
dzisiaj nie dość, że objąłeś mnie ramieniem, to jeszcze ze mną rozmawiasz.
Dzięki temu czuję się odrobinę mniej jak zabawka, a bardziej jak człowiek…
- Gdzie? – pytam krótko, kreśląc palcem kółka na Twojej
klatce piersiowej.
- Na wyspę. Rozglądam się za jakimś cichym kątkiem, kupię
coś i wyjeżdżamy.
Takiemu to się powodzi, myślę, przewracając w wyobraźni
oczami. Mówi o kupnie wyspy, jak o nowych jeansach lub filecie na obiad.
- A twoja rodzina?
- Z nimi pojadę trochę wcześniej do Hiszpanii na tydzień. –
Patrzę na Ciebie w sposób, który dobrze znasz i słusznie interpretujesz, jako
komunikat: jesteś chamem. – Głównie ze względu na dzieci, należy im się trochę
czasu z tatusiem!
- Taa… - mruczę. – Dobry i ten jeden tydzień w roku. – Nie
chcesz się kłócić, więc przytakujesz i ponawiasz swoje początkowe pytanie. –
Pojadę – odpowiadam w końcu. Myślę, że tego się spodziewałeś od samego
początku. Czemu miałabym sobie odmówić wakacji w Twoim towarzystwie? Jesteśmy
przyjaciółmi, prawda?
Właśnie. Przyjaciółmi. Tym bardziej nie wiem, co Twoja ręka
robi pod moją głową i czemu kosmyk moich włosów jest namiętnie obracany przez
Twoje palce. Sądziłam, że nasz związek jest, jaki jest dlatego, żeby nie robić
tych wszystkich rzygofilnych rzeczy, jak obejmowanie się na każdym kroku, przesadne całowanie w miejscach publicznych i chodzenie za rączkę. Sądziłam, że nawet nie
jest związkiem, a po prostu przyjaźnią, wzbogaconą elementami seksualnymi.
Przecież żadne z nas nie chce angażować się w nic więcej, prawda? Jest nam
dobrze tak, jak jest. Zaspokajamy zarówno nasze dusze jak i ciała, bez pustych
wyznań. Sam powiedziałeś, że słowa nie mają żadnej wartości. Olalla też wiele
razy od Ciebie słyszała, jak bardzo ją kochasz, a jednak okłamujesz ją, żeby
być ze mną. Mówiłeś też, że uczucia niewiele znaczą. Wysnułeś nawet tezę, że
takowe nie istnieją, a tym czymś, co uważamy za miłość jest dana przez naturę
„chwilowa naleciałość”, służąca po to, by ludzkość nie wyginęła. Bo kto przy
zdrowych myślach płodziłby dzieci, jeśli nie z chęci założenia „rodziny”?
Twoje teorie zawsze mnie bawiły, ale miały w sobie jakiś
przerażająco prawdziwy sens. Śmiałam się z każdej kolejnej, ale za każdym razem
przyznawałam, że jest w nich jakaś, czasem może nazbyt pokrętna, logika.
Dlatego tym bardziej nie wiem, skąd u Ciebie te nagłe zapędy
do rozmów w łóżku. Muszę jednak przyznać, że podoba mi się to niepokojąco
bardzo. Jednak chyba nie marzę o tym, by takie ekscesy miały miejsce częściej.
Przecież nie chcemy się w sobie zakochać, prawda? A pogadanki po seksie łączą
ludzi bardziej, niż sam seks.
Wakacje
Leżymy na wyłożonej kocami i poduszkami podłodze w ogromnym
domu na Twojej wyspie. Z głośników, rozmieszczonych dookoła nas i tworzących
miłe stereo, leci cudowne „California Dreaming”, przy dźwiękach którego niemal
się rozpływam. Twoja głowa spoczywa na moim brzuchu, a moja ręka przeczesuje
Twoje włosy. Opróżniona do połowy butelka półsłodkiego wina stoi na małym
stoliku nieopodal, a kieliszki wypełnione tym szlachetnym trunkiem mamy na
wyciągnięcie ręki. Dawno nie było mi tak dobrze i nawet, jeśli gdzieś w
podświadomości czai się myśl, że to, co się teraz dzieje, nie jest stałe i
przyjemna chwila zniknie jutro rano, gdy wstając z łóżka uświadomię sobie, że
wcale mnie nie kochasz i chcesz tylko oderwać się od rodziny, to nie zwracam na
to uwagi. Ważne jest tylko „tu” i „teraz”. Każda kolejna sekunda, zapach
Twojego szamponu, przemieszanego z perfumami, piękna piosenka i cała ta
atmosfera, sprawiająca, że czuję się jak bohaterka romantycznego filmu z lat
osiemdziesiątych.
Jesteśmy tutaj dopiero trzeci dzień, a ja już tracę poczucie
rzeczywistości. Do tej pory dobrze się bawiliśmy biegając półnago po plaży,
kochając się w każdym możliwym miejscu, wygłupiając się i pijąc do upadłego.
Teraz przygotowałeś coś romantycznego, co całkiem zwaliło mnie z nóg. Nie wiem,
co planujesz, czy wprowadzasz mnie w nastrój, czy masz jakiś inny, pokręcony
plan, a może po prostu ochotę na jeden, spokojny wieczór, ale boję się
konsekwencji. Ta nasza przyjaźń rozwija się zbyt gwałtownie, cudem będzie,
jeśli jedno z nas – w tym momencie bardziej mam na myśli siebie – pewnego dnia
nie obudzi się i nie pomyśli, że nie może żyć bez tego drugiego. Teraz też nie
możemy bez siebie żyć, ale w innym znaczeniu.
- A jakbym tak się rozwiódł? – pytasz, wprawiając mnie tym w
niemałe zdziwienie. Patrzę w Twoje oczy, brązowe, jak liście, o których właśnie
śpiewa chórek w głośnikach, i zauważam w nich szczerość i prawdziwość, których nie
widziałam w Twym spojrzeniu od tak dawna…
Teraz już naprawdę nie wiem, co kombinujesz. Pytam, dlaczego
o tym myślisz, czemu podjąłeś właśnie taką decyzję.
- Nasze małżeństwo skończyło się z chwilą, gdy poznałem
ciebie. Otworzyłaś mi oczy, uzmysłowiłaś mi, że ciągnięcie tego nie ma sensu.
- Czyli to przeze mnie?
- Dzięki tobie. Nie przez ciebie, nie dla ciebie, ale dzięki
tobie.
Nie wiem do końca czemu, ale te słowa zabolały. Nie dla
mnie… Chyba zaczynałam się łudzić, że może jednak coś dla Ciebie znaczę.
Zresztą, nieważne. To tylko moje głupie wyobrażenia, spowodowane całą tą
atmosferą, którą wytworzyłeś, przy pomocy wspaniałej muzyki z połowy ubiegłego stulecia,
wina, świec tlących się dokoła naszego wygodnego posłania i róż. Setek
płatków, rozsypanych na podłodze i tej jednej, wyjątkowej, którą mi dałeś,
która była tylko moja.
Wyduszam z siebie tylko cichy pomruk o niesprecyzowanym
znaczeniu i zamykam oczy. Czuję jak łzy napływają mi pod powieki i staram się
ich nie wypuścić. Nie mogę okazać słabości.
Właściwie czego ja się spodziewałam? Że nagminne uprawianie
seksu, szczere rozmowy i wspólny wyjazd na wakacje na kompletne odludzie nie
sprawi, że zbliżę się do Ciebie w niebezpieczny sposób? Naprawdę sądziłam, że
ta czysta przyjaźń, jaka przez pewien czas między nami była, zdoła utrzymać się
do końca naszej znajomości? Podobasz mi się, lubię z Tobą spędzać czas,
rozmawiać, lubię Twoje drobne gesty, którymi urozmaicasz nasz wspólnie spędzany
czas i lubię Cię czuć obok siebie. To nie mogło się skończyć inaczej.
Podnosisz się i przewracasz na brzuch, wspierając się na
łokciach. Twoja twarz zawisa tuż nad moją, oczy szukają czegoś w moich
błękitnych tęczówkach, a dłoń zaczyna gładzić mój policzek. Czuję, że zaczynam
się rumienić. Uśmiechasz się delikatnie i czule muskasz wargami czubek mojego
nosa.
- Otworzyłaś mi oczy – szepczesz wprost do mojego ucha,
które następnie obdarowujesz kolejnym muśnięciem. Poprawiam ostrożnie pozycję,
przysuwając się do Ciebie odrobinkę, jednak wystarczająco, byś zrozumiał, że na
Twoją niemą prośbę odpowiadam twierdząco.
Zawładnąłeś mną tak bardzo, że nie potrafię Ci się
sprzeciwić nawet wtedy, gdy zadajesz mi ból. To trudne do wytłumaczenia, ale
niestety fizycznie prawdziwe. Uzależniłam się od Ciebie, sama nie wiem kiedy.
Kładziesz swoje usta na moich i powoli zaczynasz taniec. Z
początku pocałunki są delikatne, jak dotyk skrzydeł motyla, jednak z każdą
sekundą przybierają na sile. Lewą ręką podtrzymujesz swoje ciało, zawisając tuż
nade mną, natomiast prawą odgarniasz mi włosy z czoła. Ostrożnie kładziesz się
na mnie, uważając, by nie przygnieść mnie swoim ciężarem. Dłonią zaczynasz
błądzić w okolicy moich ud, a ja odchylam głowę, byś mógł całować moją szyję i
obojczyki.
Delikatnym ruchem podwijasz moją skąpą sukienkę, a ja unoszę
lewą rękę, wskazując Ci tym samym suwak, który pozwoli Ci się bez problemu
pozbyć zbędnego kawałka materiału. Dobrze wiesz, co robić i chwilę później moja
kanarkowa kreacja ląduje gdzieś koło stolika, na którym stoi niedopite przez
nas wino.
Leżę w samej bieliźnie, koronkowej, oczywiście, bo tylko
taką kazałeś mi zabrać. Stanik w kolorze écru ląduje obok sukienki,
przewracając w locie mój kieliszek. Czerwona, półsłodka ciecz rozlewa się na podłogę,
mocząc płatki róż i jedną z poduszek, jednak nie wyglądasz na człowieka, który
zbytnio by się tym przejął.
Swoim wzrokiem lustrujesz moje ciało, jednak już dawno
przestało być to dla mnie niezręczne. Nieudolnie próbuję pozbyć się Twojej
koszuli, jednak nie chcesz współpracować. Wpijasz się w moje usta, a rękę
przyciskasz do podłogi. Nie ma szans, abym pozbawiła Cię tej części garderoby.
Rozpinam pasek Twoich spodni, udaje mi się nawet wygrać z guzikiem, gdy przewracasz
się na plecy, ciągnąc mnie za sobą. Pozwalasz ściągnąć sobie koszulę i chwilę
pobawić się Twoimi ładnie wyrzeźbionymi na brzuchu mięśniami oraz pozachwycać tymi
męskimi ramionami. Ze spodniami też idzie łatwiej, jednak wtedy postanawiasz
trochę się ze mną podrażnić.
Znasz moje wszystkie słabe punkty, nie ma na moim ciele
miejsca, które byłoby dla Ciebie zagadką, dlatego tak łatwo Ci doprowadzać mnie
do szału. Przyjemnego, ale irytującego. Zręcznie błądzisz dłońmi po mojej
skórze, sprawiając, że czuję delikatne mrowienie pod opuszkami Twoich palców.
Znowu zmieniasz położenie, przewracając mnie na plecy i klękając przede mną.
Chwytasz moje łydki i ustawiasz je w najdogodniejszej dla siebie pozycji.
Kontynuujesz swoją zabawę, łapiąc mnie za biodra i
przyciągając bliżej siebie. Zsuwasz dolną część mojej bielizny i odrzucasz za
siebie, biorąc w lewą dłoń kieliszek wina. Nie zostało w nim zbyt dużo trunku,
jednak wystarczająco, byś rozlał go na moim brzuchu. Przesuwasz językiem w
okolicach mojego pępka, powodując u mnie niezdrowy chichot. Poruszam się,
sprawiając, że stróżka wina cieknie prosto na cynobrowy koc. Natychmiast
przyciskasz usta do kolejnej, zsuwającej się po moim boku kropli, wycierając ją
wargami. Kolejny raz wyginam się, z powodu łaskotania, na co Ty reagujesz
szelmowskim uśmieszkiem.
Spijasz z mojego brzucha całe wino, pozostawiając na nim
tylko mokre ślady. W końcu postanawiasz wrócić do tego, co zacząłeś. Przesuwasz
dłonią po moich newralgicznych miejscach, opracowując kolejną strategię
rozochocenia mnie i bezlitosnego przerwania pieszczot w najmniej dogodnym
momencie. Tym razem jednak chcesz czegoś innego. Znów obracasz mnie tak, że to
ja jestem na górze i leżysz, czekając aż przejmę inicjatywę. Po tej akcji z winem
nie mogę wpaść na nic kreatywniejszego niż tradycyjny, lecz nieco bardziej
namiętny pocałunek w usta i zsunięcie mimochodem Twoich bokserek. Półgłosem
domagam się rozwinięcia akcji, dojścia do punktu kulminacyjnego. Każda książka,
w której główny bohater zbyt długo zwleka z działaniem, staje się po pewnym
czasie nudna.
Ty, jako doskonały artysta, mistrz w swej dziedzinie,
postanawiasz w końcu spełnić wymagania czytelnika i wprowadzasz akcję właściwą,
na którą tak długo czekałam. Z początku powoli, jednak z każdą chwilą coraz
szybciej i bardziej zdecydowanie powodujesz, że z moich ust wydobywają się
ciche pomruki. Nie będę krzyczeć, jak robią to w tych wszystkich chorych
filmach, nie zamierzam szeptać Twojego imienia, jak bohaterki tanich romansideł. Moją
opinię o swojej powieści musisz odczytać z moich innych reakcji na nią; słowa,
jak sam kiedyś powiedziałeś, nic nie znaczą. Ty jednak doskonale wiesz, jak
dobrą pracę wykonujesz. Jesteś pewny siebie i nie dopuszczasz do siebie myśli,
że coś mogłoby pójść nie tak. Wiesz, że jest idealnie, że każde przyspieszenie
tempa działa bardziej na korzyść, niż miałoby zaszkodzić Twemu dziełu.
Nie wiem, jak długo trwa punkt kulminacyjny akcji, jednak
czuję, że zbliżasz się do swojego prywatnego rekordu. Kolejna udana powieść, panie
Torres. Najlepsze jest to, że gdy ją kończysz, ja ledwo łapię oddech,
wycieńczona, ale zadowolona takim epilogiem. Bezsilnie opadam na poduszki obok
Ciebie, ciężko dysząc.
Nie mogę ustabilizować oddechu przez dłuższą chwilę. Ty
odwracasz się do mnie bokiem i uśmiechasz z zadowoleniem i dumą z siebie,
wycierając wierzchem dłoni strużkę potu z mojej skroni.
- Boże… - wyszeptuję tylko, zamykając oczy. Teraz chcę już
tylko zasnąć, żeby odrobinę wypocząć, bo coś czuję, że jutro też nie dasz mi
spokoju.
-//-
Budzę się nawet wyspana i przeciągam leniwie. Kąciki moich
ust mimowolnie wędrują w górę, gdy widzę Ciebie, leżącego na wyciągnięcie mojej
ręki i uśmiechającego się wesoło. Jesteśmy
w łóżku, a z tego, co pamiętam, zasypiałam na Twojej klatce piersiowej w
salonie, otoczona mnóstwem poduszek i kilkoma kocami. Przeniosłeś mnie, gdy
spałam, jak małe dziecko.
- Cześć. – Uśmiechasz się do mnie wesoło, wpatrując się w
moją zaspaną twarz. Palcami wyciągasz z moich włosów płatek róży, który musiał
się w nie wplątać wczorajszego wieczoru, i odrzucasz go gdzieś na bok.
- Hej – mamroczę. Chyba nie jestem jeszcze całkiem obudzona,
gdyż mój głos jest bardzo słaby i cichutki.
- Śniadanko? - pytasz, na co ja oczywiście przytakuję. Gdy
próbujesz zejść z łóżka, przytrzymuję Cię za rękę i przyciągam z powrotem.
- Czekaj – mówię. – Jeszcze nie, muszę się na dobre obudzić.
– Przyznajesz mi rację i znów kładziesz się obok mnie.
Oczami lustrujesz moją twarz, a pod nosem rysuje Ci się
dziwny uśmiech, jakiego jeszcze u Ciebie nie widziałam. Nie jest ani trochę
ironiczny – aż dziwne – ani nie ma w sobie niczego nieszczerego, wymuszonego,
czy przesadzonego. Naturalny, mimowolny i niepokojąco przyjazny. Trwam w lekkim
szoku, gdy nagle Twoja dłoń, nie wiedzieć czemu, przejeżdża po moim policzku z
niespotykaną czułością. Otwieram szerzej oczy i kilkakrotnie mrugam powiekami.
- O co ci chodzi? – pytam, zbijając Cię tym trochę z tropu.
- W jakim sensie?
- Co ma znaczyć to wszystko? Wczorajszy przesłodzony
wieczór, ta ręka i w ogóle cały ten wyjazd. Co tym razem kombinujesz?
- Nic nie kombinuję. Po prostu mam dla ciebie więcej czasu.
- Żadnego podłoża emocjonalnego? – upewniam się.
- Ani trochę! Proszę cię, przecież dobrze wiesz, że nic dla
mnie nie znaczysz. Tak samo jak ja dla ciebie. Możesz być spokojna – tłumaczysz
i wstajesz, udając się do kuchni.
I co zrobiłaby teraz kobieta, za jaką mnie uważasz?
Uśmiechnięta opadła na łóżko i odetchnęła z ulgą, ciesząc się, że nasze relacje
są tak idealne, a potem wstała na śniadanie, żeby mieć siłę na późniejsze
igraszki… A co robię prawdziwa ja? Owszem, opadam na to nieszczęsne łóżko, ale
bynajmniej nie z powodu wielkiej radości, jakiej mógłbyś się spodziewać.
Zabolały mnie te słowa. „Nic dla mnie nie znaczysz”. Powinnam się jednak
cieszyć, prawda? Przecież takiej odpowiedzi chciałam, każda inna byłaby dla
mnie niewystarczająco dobra. Prawda? Podoba mi się to, co ze sobą robimy,
prawda?
Nie prawda. Ani trochę nie podoba mi się bycie „tą drugą”.
Zamiast zajmować się swoją żoną i dziećmi, albo karierą, która ginie pod stertą
gruzu, głównie przez Twoją pazerność na kasę i dumę, która nie pozwala Ci
odjeść z Chelsea i powiedzieć „źle zrobiłem, jestem do niczego”, przychodzisz
do mnie. Spędzasz w moim domu więcej czasu niż w swoim, a małżeńskie obowiązki
wykonuję zamiast Olalli ja.
Czuję się jak szmata, gdy po seksie od razu ubierasz się i
rzucając kilka słówek wracasz do żony. A gdy powiedziałeś, że to przeze mnie
chcesz rozwodu, na moją i tak podłamaną psychikę spadło kolejne ciężkie pudło
odpowiedzialności. Tym razem za Twoje małżeństwo. Widzisz, jaki jesteś podły?
Czuję się odpowiedzialna za coś, na co nie powinnam mieć wpływu, podczas gdy Ty
to całkowicie olewasz. To nie jest normalne, Fernando. Czuję się przez Ciebie
źle, Twoja żona i dzieci też. Jedynym, kto jest tutaj w stu procentach
zadowolony, jesteś Ty. Nie obchodzi Cię nic ani nikt, tylko Twój własny
interes, ważne, żeby Tobie było dobrze.
A mimo to, nie jestem szczęśliwa z tego, że nic do mnie nie
czujesz. Chyba wolałabym wiedzieć, że romantyzm, jakim mnie wczoraj obdarzyłeś,
nie był tylko Twoją chwilową zachcianką, ale miał głębsze znaczenie. Wtedy nie
czułabym się aż tak szmatowato i łatwiej byłoby mi wybaczyć sobie wszystkie
moje grzeszki. Byłabym odpowiedzialna za zniszczenie Twojego małżeństwa, ale
wiedziałabym, że przynajmniej dostaję Ciebie w zamian, tymczasem jednak tylko
na tym tracę. Przywiązałam się do Ciebie, nie przeczę, że nawet za bardzo, i
nie będę miała z tego nic, oprócz wyrzutów sumienia.
Zwlekam się z łóżka, nakładam jeansowe szorty, niedbale
postrzępione i wyraźnie przekraczające granicę krótkości i czerwoną bluzkę z
dużym dekoltem, ozdobionym koronką i przez chwilę patrzę na swoje odbicie w
lustrze. Czarne, rozczochrane włosy domagały się muśnięcia ich kilka razy
szczotką, oczy prosiły o podkreślenie ich tuszem, chociaż nie wyglądały
najgorzej, nie były podkrążone czy podpuchnięte po spaniu. Nogi gładkie, wszak
golone wczoraj wieczorem, opalone, wydają się być szczuplejsze niż zwykle, może
dlatego, że jest rano. Piersi wyglądają na świat spomiędzy koronek. Przy nich
zostaję wzrokiem odrobinę dłużej. Jest to chyba jedyna część ciała, z której
jestem naprawdę zadowolona. I rozmiar odpowiedni, i kształt. Zresztą
wielokrotnie od Ciebie słyszałam, jakie są ładne...
Niespiesznym krokiem idę do kuchni, siląc się po drodze na
uśmiech i wmawiając sobie, że wcale nie przejęły mnie Twoje słowa. Że mnie
ucieszyły. Widzę Cię stojącego przy blacie w jeansach i orzechowym T-shircie i
pierwszy raz świadomie nie pożądam Cię fizycznie, a duchowo. Nie chcę zaciągnąć
Cię do ciasnej łazienki – o ile w tym domu w ogóle znalazłabym jakiekolwiek
ciasne pomieszczenie – tylko podejść, pocałować Cię i powiedzieć coś, czego
jeszcze nikt ode mnie nie usłyszał. Dwa słowa, które zmieniłyby resztę naszych
wakacji i możliwe, że życia.
- Jajeczniczka dla ciebie – mówisz, kładąc na stole talerz i
odsuwając mi krzesło. Siadam, jednak chyba nie wyglądam zbyt pewnie, gdyż
pytasz: - Wszystko w porządku?
Mruczę cicho, że tak, zastanawiając się, gdzie do cholery
jest moja pewność siebie? Miałam udawać zadowoloną, co jest? Może od razu
zapytam, czy…
- Naprawdę nic dla ciebie nie znaczę?
No tak. Co myślę, to mówię, jakie to typowe…
- Masz rację, źle to zabrzmiało. Przepraszam, jeśli cię tym
uraziłem. Znaczysz dla mnie dużo, bo jesteś moją przyjaciółką. Ale nie czuję do
ciebie nic więcej.
- A. No tak lepiej – kłamię, biorąc widelec.
Tkwię w tak zwanej „strefie przyjaźni”. Ten problem
najczęściej dotyczy mężczyzn, co więc tu robię?
Chyba wiem. Kocham się w egoistycznym skurwielu, który nie
widzi nic, poza własną dupą. Tak, pomyślałam „kocham”. Kocham Cię, chociaż
jesteś tym egoistycznym skurwielem. Kocham, chociaż nic dla Ciebie nie znaczę i
nigdy nie będę znaczyć. Kocham Cię, chociaż potrafię wyliczać Twoje wady
godzinami. Kocham, chociaż Cię nienawidzę.
- Na pewno tylko o to chodzi? – pytasz, siadając naprzeciwko
mnie. Znów odpowiadam kłamstwem, bo przecież prawda będzie miała destrukcyjny
skutek dla nas obojga. Ty jednak nie dajesz za wygraną i próbujesz wyciągnąć ze
mnie, co mi leży na sercu. Na poczekaniu wymyślam coś, co niebezpośrednio, ale
ma związek z moim gorszym samopoczuciem.
- Myślę, że nie powinieneś się rozwodzić.
Znudzona mina natychmiast wdziera się na Twoją twarz, dając
mi wyraźnie do zrozumienia, co o tym sądzisz. Jesteś święcie przekonany, że
powinieneś. Nawet nic nie mówisz, dając mi szansę wyciągnięcia kilku
argumentów, które zaraz i tak obalisz.
- Co będziesz miał z tego, że weźmiesz rozwód?
- Duszę się w tym małżeństwie – tłumaczysz cierpliwie. Wiele
razy już to od Ciebie słyszałam, jednak nie uważałam tych słów za zbyt
prawdziwe, a jedynie za wyraz przejściowej monotonii, która prędzej czy później
zawłada wszystkimi związkami.
- I co da ci rozwód? I tak, chociaż do łóżka ci nie
zaglądam, pewnie częściej sypiasz ze mną, niż z Olallą. Co się zmieni w Twoim
życiu, poza stanem cywilnym i pewnie rzadszym kontaktem z dziećmi?
- Nie będę musiał się kryć. – Unoszę brew, nie mając
pojęcia, o co Ci chodzi. – No wiesz, teraz muszę przed Olallą ukrywać nasz niby
romans, a po rozwodzie mógłbym sobie sypiać z kim bym chciał i nic by mi nie
mogła zrobić.
- Ale po co ci to? Jesteś już dorosły, lada chwila stuknie
Ci trzydziestka. Nie lepiej żyć sobie w spokoju, z żoną u boku?
- Proszę cię… Żyłem spokojnie trzynaście lat, wiesz
dlaczego? Bo Olalla jest nudna. Żadnych szaleństw, tylko typowo małżeńskie
rzeczy, wiesz, śniadanie, praca, obiad, dzieci, kolacja, telewizja i spać. Z
tobą trochę odżyłem, ale to dla mnie za mało. Chcę od życia jeszcze więcej.
Więcej podróży, więcej zabawy, więcej kobiet.
- Jesteś idiotą – kwituję, próbując nie załamać głosu.
- Dlaczego? Bo nie chcę marnować życia na bycie z kimś, kogo
nie kocham?
- Nie. Bo chcesz zrezygnować z ułożonego życia, żeby być
sam. Przygodny seks nie gwarantuje trwałego szczęścia, a nie sądzę, żebyś po
rozwodzie szukał kogoś na stałe. Nie potrafisz docenić tego, co masz. Kocha cię
tyle osób, a ty nawet nie zwracasz na nich uwagi. Jesteś egoistą. Pomyślałeś,
co z dziećmi? Wiesz, jak będą cierpiały? Żona cię nie obchodzi, ale one chyba
powinny. Nie wspomnę nawet o sobie. Jak rozumiem, nie uwzględniasz mnie w
swoich planach na przyszłość?
- Czemu nie? Możemy się dalej przyjaźnić.
- Nie, kochany. My się nie przyjaźnimy. My wmawiamy sobie,
że to dziwne coś, co między nami jest, to właśnie przyjaźń, ale ona już nie
istnieje. Byliśmy przyjaciółmi, dopóki nie wpakowałeś mi się do łóżka, potem
wszystko się popsuło.
- Czyli co? Wystarczy, że przestaniemy uprawiać seks? Po
moim rozwodzie i tak byśmy przecież przestali.
Patrzę na Ciebie zszokowana i kilkakrotnie mrugam powiekami.
Nie wierzę, że to powiedziałeś. Dałeś mi jasny komunikat, że jestem Ci potrzebna
tylko po to, żebyś mógł się od czasu do czasu wyżyć. Dziękuję, ale gdzieś mam
taką przyjaźń.
- Nie. Przestaniemy i bez rozwodu.
Wstaję i zostawiając na stole wciąż ciepłą jajecznicę,
wychodzę. Wracam do sypialni i kładę się na łóżku, chowając twarz w poduszce.
Będę płakać? Chyba nie. Łzy cisną mi się do oczu, ale żadna nie chce wypaść i zamoczyć
brzoskwiniowego materiału. Może to i lepiej. Nie chcę, żebyś widział mnie
płaczącą, jak tu przyjdziesz.
O ile w ogóle zamierzasz przyjść.
Słyszę dźwięk Twojego telefonu, wypływający z kieszeni
rzuconych niedbale na krzesło spodni. Sprawdzam, kto dobija się do Ciebie w
czasie wakacji, ale moje odkrycie wcale mnie nie dziwi. Wymalowane na
wyświetlaczu zdjęcie uśmiechniętej Olalli w fiołkowej bluzeczce sprawia, że w
mojej głowie świta wredny plan, jednak jestem w stu procentach pewna, że na
wszystko zasługujesz!
- Słucham? – Mój głos przestraszył Twoją żonę, która dopiero
po krótkiej chwili odzyskała rezon.
- Kim pani jest? – spytała, na co odparłam najmilszym głosem,
jaki potrafiłam z siebie wydusić:
- Kochanką twojego męża. – Zanim kobieta zdąża cokolwiek
odpowiedzieć wpadam w słowotok, niezbędny do wyjaśnienia tej głupiej sytuacji.
– Wiem, że wyjechałam tak drastycznie i jeszcze to do ciebie nie dociera, ale
posłuchaj mnie. Poznaliśmy się z twoim mężem kilka lat temu i zaprzyjaźniliśmy,
a od pewnego czasu regularnie ze sobą sypiamy. Opowiadał mi o waszym
małżeństwie, mówił, że i tak spisał je już na straty. Ostatnio powiedział mi,
że chce się z tobą rozwieść, żeby móc dupczyć na prawo i lewo. Mam dla ciebie
dobrą radę, zażądaj rozwodu. Mogę być świadkiem w sądzie, czy coś. W każdym
razie zostaw go, to nie jest facet dla ciebie. Nie znam cię, ale żadna kobieta
nie zasługuje na takiego dupka.
- Kłamiesz – warczy tylko, podłamanym głosem.
- Nie, naprawdę. Chcę cię jakoś ochronić. Zresztą, jeśli mi
nie wierzysz, za jakiś czas sama zobaczysz.
Rozłączam się, chowam telefon i oparłszy się o stolik,
rozglądam po pokoju. Trzeba się pakować, na mnie już czas. Moja przygoda z Tobą
dobiegła końca.
Dwa lata później
Wracam pamięcią do naszej pięknej, tragicznej przygody.
Przyjaźni, która w pewnym momencie zatraciła swoje granice, namiętności, która
ją zastąpiła i miłości, która okazała się być jednostronna. Dalej coś do Ciebie
czuję, wiesz? Nie wiem, czy to wciąż jest wielkie uczucie, czy tylko sentyment,
ale nie potrafię przejść obojętnie, gdy widzę gdzieś Twoje nazwisko.
Jak powinien wyglądać koniec tej historii? W Hollywood
istniałyby dwie opcje. Według pierwszej zmieniłbyś się, zaczął dbać o rodzinę,
został najlepszym piłkarzem, nagrodzonym nawet Złotą Piłką, a ja albo bym
odeszła, albo wciąż była Twoją przyjaciółką. TYLKO przyjaciółką. Druga
głosiłaby, że Olalla i ja zostałybyśmy przyjaciółkami, a reszta Twojego życia
byłaby tylko bolesną karą za próżność i pychę.
Życie jednak nie jest tak kolorowe jak w komediach
romantycznych… Olalla mnie nie posłuchała, a Ty w końcu zażądałeś rozwodu.
Ciekawi mnie, czy, tak jak mówiłeś, sypiasz z każdą jak leci… A co chodzi o
mnie… Siedzę w Londynie, próbuję jakoś żyć, ale bez Ciebie to już nie to samo.
Pusto mi. Chciałabym Cię z powrotem, ale wiem, że to niemożliwe i
niebezpieczne. Powinnam Cię nienawidzić.
ON
Leżę na sofie, z Burbonem w ręce i oglądam powtórkę jakiegoś
dennego meczu. Z czasów, kiedy byłem kimś. Kiedy miałem wszystko. Żonę, dzieci,
Ciebie. Kiedy mnie kochałaś, a ja tego nie dostrzegałem. Kiedy zacząłem gardzić
uczuciem Olalli i swoimi własnymi dzieciakami.
Zatraciłem się w sławie, teraz to wiem. Trochę mi szkoda, że
do tego wstrząsu, musiałem to wszystko stracić - najpierw Ciebie, potem
rodzinę, a później i tak już marną sportową reputację – ale zyskałem coś
innego. Wolność.
To dlatego po moim mieszkaniu przechadza się teraz piękna
blondynka, szukając swoich ubrań, żeby jak najszybciej stąd wyjść. Nie
potrzebuję zobowiązań, żeby dobrze się bawić. Nie trzeba mi rodziny,
przyjaciół, kariery, Ciebie. Jesteście miłymi wspomnieniami, ale tylko wspomnieniami.
Może i jestem egoistą, ale przynajmniej wolnym.
Znalazłam czas między pisaniem licencjatu, żeby to wreszcie przeczytać. Strasznie to smutne, taka relacja z facetem. Nie wiem, jak główna bohaterka ma na imię, ale bardzo, bardzo jej współczuję. Kiedy ona kocha faceta, a on się tylko bawi jej kosztem, i jeszcze się cieszy swoim egoizmem. Pokrętna sytuacja bardzo. Dobrze, że odeszła, kiedyś w końcu trzeba. A mówiąc ogólnie, ja też myślę, że dobrze Ci wyszedł rozdział :).
OdpowiedzUsuńBardzo podobał mi się ten part, choć poprzednie tez były świetne. Szkoda, że Torres nie zrozumiał swoich błędów i pozostał egoistą. Czekam z niecierpliwością na kolejnego jednoparta. Poinformuj mnie proszę o nim na GG: 8675263, lub na blogu: www.el--tiempo--de--ti.blogspot.com. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń