13.02.2013

III - Torres

Kilka słów: Moim zdaniem udane dzieło, przedstawiające Torresa w nieco innym świetle. Jego egoistyczne patrzenie na świat, doprawione wątkami erotycznymi.
Długość: 13 storn [5550 słów]
Dedykacja: Dla Oli, która lubuje się w takiej tematyce i kazała mi pisać sceny, których pisać nie umiem. Myślę, że wyszło mi to dobrze i nie jest mną zawiedziona :)
Bohaterowie: Torres, Ona



Torres



ONA


Jestem taka sama jak Ty. Nie z wyglądu, bo moja przeciętna twarz nijak ma się do Twojej urody, czarne włosy nawet nie silą się na przypominanie Twojej tlenionej czuprynki, nie mam też ani jednego z piegów, którymi obsiane są Twoje policzki. Na pierwszy rzut oka wcale się nie przypominamy, jesteśmy z dwóch różnych światów, jednak łączy nas więcej, niż mogłoby się komukolwiek wydawać.
Oboje jesteśmy mistrzami w swoich dziedzinach, odrzuconymi przez wszystkich, z powodu kilku niepowodzeń. Ty, objawienie piłkarskie, wzgardzony przez świat, przez utratę formy, ponoć spowodowaną zmianą klubu. Ludzie wieszają na Tobie psy, odkąd Twoja stopa stanęła po raz pierwszy na murawie Stamford Bidge, a gdy każdy kolejny mecz był dla fanów tylko czekaniem na gola, mającego Cię „odblokować”, coraz więcej osób się od Ciebie odsuwało. Nikt nie zastanawiał się, czemu jest tak, a nie inaczej. Uważali, że to albo przez Twoją niezdarność, albo psychikę, nagłą zmianę miejsca lub tym podobnymi pierdołami. Nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą, prawda?
Czasem martwi mnie ta wszechobecna znieczulica, która zabrała Ci uwielbienie ludzkości, przez którą stałeś się „tym gorszym”. Nikt nie spytał, jakie są prawdziwe powody, każdy wolał doszukiwać się swoich mniej lub bardziej irracjonalnych przypuszczeń. Nie wiem tylko, po co im to wszystko. Nie znają Cię, wiedzą o Tobie tylko to, co dajesz im poznać. Skąd więc te bezsensowne wnioski?
Nikt nie zna Cię tak dobrze, jak ja. Ale my przecież jesteśmy tacy sami. Jedna dusza w dwóch ciałach. Czasem myślę, że Bóg specjalnie podzielił ją na dwie części. Jedna, stanowiąca całość, byłaby tylko zbędnym światu wrakiem, natomiast w dwóch częściach, ma szansę na przeżycie, przetrwanie. Jedna część pociesza drugą, druga odwdzięcza się pierwszej tym samym. Wyciągają się z dołków, które nie wiedzieć czemu, non stop się przed nimi tworzą.
Cieszę się, że tamtego zimowego wieczora, kiedy temperatura na minusie była równa wysokości moich szpilek, wpadłeś na mnie na tamtej imprezie, oblałeś piwem i wybełkotałeś, jak to niby bardzo Ci przykro. Cieszę się z tego, że gniewałam się na Ciebie, w końcu zalałeś mi moją nową, pastelowo błękitną sukienkę, za którą dałam ¾ pensji, a Ty do końca wieczoru chodziłeś, o ile można to tak nazwać, za mną i prosiłeś o przebaczenie. Ostatecznie cały wieczór spędziłam szczelnie owinięta Twoją marynarką, którą oddałam Ci następnego ranka, gdy obudziliśmy się w nietypowych miejscach w pokoju, który wynająłeś, aby nie musieć wracać po pijaku taksówką. Nie wiem jak się tam z Tobą znalazłam, wiem tylko, że to był mój pierwszy raz, gdy noc spędziłam na parapecie, opierając się głową o okno i przytulając doniczkę z jakimś dziwnym kwiatkiem.
Pamiętam także wspólne leczenie kaca, dzielenie się metodami na zwalczanie bólu głowy i wydzieranie się na całe gardło, aby tylko zrobić sobie na złość. Cudowne, beztroskie czasy, gdy jeszcze niczym się nie przejmowaliśmy. Ty miałeś wiernych fanów, trzymających Twoją stronę, cokolwiek by się nie stało, a ja nie byłam w wiecznej depresji.
I teraz, tak samo jak Ty, wypijam szklankę wody, żeby trochę ochłonąć i nabrać energii na więcej. Bo oboje dobrze wiemy, że ta noc się tak szybko nie skończy, że to dopiero początek. Beznamiętnym głosem rzucasz, że masz same truskawki, co ja kwituję tylko chłodnym „może być”.
- Zaraz wracam – mruczysz, biorąc w dłoń telefon i wychodząc na korytarz. Znowu dzwonisz do żony, ściemniając jej, że nie możesz dziś wrócić. Znów kazali Wam siedzieć w hotelu przed jutrzejszym meczem w ramach integracji? Żałosna wymówka, ale ważne, że działa. Wciskasz ją już kolejny raz, a ona ciągle się na to łapie. To aż dziwne, że niczego nie podejrzewa. Nie znam jej, ale z tego, co opowiadasz, jest strasznie naiwna. Albo chce taka być…
Rozmowa trwa nie więcej niż dwie minuty. Wchodzisz do pokoju, mówiąc do słuchawki zdawkowe: „ja ciebie też” i rozłączając się. Rzucasz telefon na biurko i klękasz na łóżku.
- To co? Kontynuujemy, czy potrzebujesz jeszcze chwilkę? – pytasz, uśmiechając się zawadiacko.
- O mnie się nie martw – prycham i przyciągam Cię do siebie.

-//-

Stoję przed lustrem i nie mogę się napatrzeć na tę zmęczoną twarz, sińce pod oczami i rozczochrane włosy, których pewnie nie będę mogła ogarnąć przez dobrą godzinę. To przez Ciebie. Nie dawałeś mi spać, to się nie wyspałam. Gdyby nie dzisiejszy mecz i moja nieuzasadniona wiara w to, że w końcu coś strzelisz - nawet, jeśli miałby to być strzał z Colt’a do tych wszystkich kretynów, wyzywających Cię z uniesionym do góry środkowym palcem - pewnie obudziłabym Cię o piątej rano czymś głośnym albo strasznie denerwującym. Znaj jednak mą dobroć, jesteś w końcu drugą połową mojej duszy.
Przemywam twarz wodą i związuję włosy w bezładnego kucyka. Nie mam siły zajmować się swoim wyglądem, nie boję się nawet, że mógłbyś mnie zobaczyć w takim stanie i się przerazić. Ostatniej nocy zbyt dobrze się ze mną bawiłeś, żeby tak łatwo z tego zrezygnować. Pewnie powiesz, że i tak jestem piękna, żeby tylko nie pogrążyć mnie w bagnie moich kompleksów.
Idąc do kuchni, zaglądam do sypialni, by jeszcze raz ujrzeć Twoją śpiącą postać, przykrytą szczelnie kołdrą, co jest, tak na marginesie, moją zasługą. Śpisz mocno, nie reagując na żadne bodźce, docierające do Ciebie z zewnątrz, wliczając w to mojego kota, łapiącego Twój duży palec u stopy. Zabieram zwierzaka z pokoju, żeby Cię chociaż nie obudził i idę zrobić nam śniadanie.
Niosąc w lewej ręce wyrywającego się Gracjana, myślę, czy ten nasz cały pseudo-romans ma jakiś sens. Możemy być sobie bliscy i bez seksu, nie sądzisz? Ty nie zaniedbywałbyś wtedy rodziny, a ja czuła odrobinę mniejszą niechęć do siebie. Okłamujesz żonę, dzieci, matkę, ojca, wszystkich znajomych, a nawet cały świat, udając, że Wasze małżeństwo z Olallą jest całkowicie normalne, chociaż tak naprawdę, jeśli mogę wierzyć temu, co mi powiedziałeś pewnego pochmurnego popołudnia, gdy popijaliśmy razem piwo, oglądając mecz, jesteś już znudzony tą całą monotonią, która ogarnęła Wasz związek. Chcesz czegoś nowego, a ja niewątpliwie Ci tego dostarczam. Jestem gotowa na wszystko, nie znam słów „nie wypada”, „nie mam czasu” czy „boję się”. Dla Ciebie zawsze znajdę chwilę, którą możesz wykorzystać jak tylko chcesz i gdzie tylko pragniesz.
Jednak mimo wszystko czuję się potwornie z myślą, że niszczę Wasze małżeństwo. Pytanie: czy można zepsuć coś, co nigdy nie działało prawidłowo? Jednak chyba coś kiedyś między Wami było, skoro jesteście ze sobą ładnych kilkanaście lat, i spłodziliście przy okazji dwójkę uroczych dzieci. Właśnie! Nie szkoda Ci dzieci? Czy są one jedynym powodem, dla którego jeszcze nie zażądałeś rozwodu? Czy wolisz wciąż je oszukiwać, tworząc im iluzję normalnej rodziny, czy zrobisz odważny, męski krok, odbierając im tym samym część dzieciństwa?
Właściwie nie wiem, co planujesz. Odkąd lista wspólnie wykonywanych czynności wzrosła o jeden zajmujący punkt, rozmowy o związkach stały się takie… pretensjonalne. Może powinniśmy to zmienić? Zanim zabrniemy za daleko, zanim się w sobie zakochamy…
Jestem w trakcie smażenia jajecznicy – jedynego dania, które mi wychodzi – gdy obejmujesz mnie w pasie i szepczesz do ucha:
- Witaj, piękna. – Odwracam się do Ciebie przodem i daję pocałować. - Byłaś niesamowita – mruczysz, ocierając się nosem o moją twarz.
- No wiem, wiem. Jedyna rzecz, która mi w życiu wychodzi – kwituję i zanim zdążysz zaprzeczyć, że przecież jest tak dużo rzeczy, które potrafię, pytam: - Czemu nie śpisz?
- Olalla dzwoniła i mnie obudziła.
- Co chciała?
- Nieważne. Jajeczniczka? – Zerkasz mi przez ramię, jednak ja nie zamierzam Ci odpuścić. Nie tym razem!
- Ważne. Co chciała?
Wzdychasz i odklejasz się ode mnie, siadając na krześle. Przez chwilę patrzysz w przestrzeń, jednak w końcu zaczynasz mówić:
- Dowiedziała się, że wcale nie musimy spać w hotelu. Że nawet nie ma hotelu! I to wiesz od kogo? Od kochanego Juana – ironizujesz, przewracając oczami. – Wsypał mnie, bo zadzwonił i spytał czy jestem. Jakby nie wiedział, że noce przed meczami spędzam tutaj.
- A wie? – Szeroko otwieram oczy, zdziwiona faktem, że komukolwiek o nas powiedziałeś. Przytakujesz, stukając rytmicznie palcami w blat stołu. Patrzę na Ciebie wzrokiem, mającym bez słów powiedzieć Ci, jakim jesteś kretynem.
- To mój przyjaciel, sądziłem, że mnie nie wyda – tłumaczysz, odwracając wzrok. Widzę, że opowiadanie o tym bez emocji jest dla Ciebie trudne, ale nie wiem, dlaczego starasz się hamować naturalne, ludzkie odruchy. Kiedyś potrafiliśmy rozmawiać godzinami, śmiać się, wyzywać wszystko i wszystkich, wylewać potoki łez, a teraz nie jesteś w stanie nawet opowiedzieć mi szczegółowo, jak wyglądała Twoja pobudka. Posługujesz się tylko krótkimi zdaniami, nie zmieniasz za bardzo tonu głosu. Nie wiem, co mam o tym myśleć…
Siadam na krześle naprzeciwko Ciebie i bacznie przyglądam się Twojej twarzy. Widać na niej kilka oznak niewyspania, jednak generalnie wyglądasz normalnie, bez żadnych oznak strachu czy gniewu.
- Mam pytanie – zaczynam cichym, ale zdecydowanym głosem. – Nie uważasz, że nasza przyjaźń opiera się teraz głównie na seksie?
- Nie odczułem tego – mówisz, uśmiechając się szyderczo. – Ale mów dalej.
- Kiedyś potrafiliśmy przegadać całą noc, a teraz ledwie zamieniamy kilka słów i od razu wskakujemy do łóżka. To nie jest normalne, przynajmniej nie na nasze relacje. Zaczynaliśmy jako dobrzy przyjaciele i chcę, żebyśmy dalej się dogadywali tak dobrze, jak wtedy.
- Czyli co zamierzasz? Koniec z seks-przyjaciółmi?
- Nie. Bez przesady! Ograniczmy nieco to pierwsze i skupmy się bardziej na tym drugim. – Zgadzasz się, na co odpowiadam tylko dziękczynnym uśmiechem i idę ratować jajecznicę, która chyba zaczyna się już przypalać. – To co z tą Olallą?
- Nic. Powiedziałem, że muszę iść i wszystko jej wyjaśnię, jak wrócę do domu. Wieczorem.
- Jesteś potworem – kwituję, na co Ty odpowiadasz tylko: ”wiem”.

Następny dzień, późne popołudnie

- Wyjedź ze mną na wakacje – prosisz, nawijając sobie na palec kosmyk moich włosów. Nie wiem, skąd w Tobie przypływ takiego romantyzmu, zwykle po seksie albo wychodzisz na przysłowiowego „papierosa”, albo wracasz do żony. Zdarza się też, że pytasz o powtórkę lub odwracasz się na bok i zasypiasz. A dzisiaj nie dość, że objąłeś mnie ramieniem, to jeszcze ze mną rozmawiasz. Dzięki temu czuję się odrobinę mniej jak zabawka, a bardziej jak człowiek…
- Gdzie? – pytam krótko, kreśląc palcem kółka na Twojej klatce piersiowej.
- Na wyspę. Rozglądam się za jakimś cichym kątkiem, kupię coś i wyjeżdżamy.
Takiemu to się powodzi, myślę, przewracając w wyobraźni oczami. Mówi o kupnie wyspy, jak o nowych jeansach lub filecie na obiad.
- A twoja rodzina?
- Z nimi pojadę trochę wcześniej do Hiszpanii na tydzień. – Patrzę na Ciebie w sposób, który dobrze znasz i słusznie interpretujesz, jako komunikat: jesteś chamem. – Głównie ze względu na dzieci, należy im się trochę czasu z tatusiem!
- Taa… - mruczę. – Dobry i ten jeden tydzień w roku. – Nie chcesz się kłócić, więc przytakujesz i ponawiasz swoje początkowe pytanie. – Pojadę – odpowiadam w końcu. Myślę, że tego się spodziewałeś od samego początku. Czemu miałabym sobie odmówić wakacji w Twoim towarzystwie? Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
Właśnie. Przyjaciółmi. Tym bardziej nie wiem, co Twoja ręka robi pod moją głową i czemu kosmyk moich włosów jest namiętnie obracany przez Twoje palce. Sądziłam, że nasz związek jest, jaki jest dlatego, żeby nie robić tych wszystkich rzygofilnych rzeczy, jak obejmowanie się na każdym kroku, przesadne całowanie w miejscach publicznych i chodzenie za rączkę. Sądziłam, że nawet nie jest związkiem, a po prostu przyjaźnią, wzbogaconą elementami seksualnymi. Przecież żadne z nas nie chce angażować się w nic więcej, prawda? Jest nam dobrze tak, jak jest. Zaspokajamy zarówno nasze dusze jak i ciała, bez pustych wyznań. Sam powiedziałeś, że słowa nie mają żadnej wartości. Olalla też wiele razy od Ciebie słyszała, jak bardzo ją kochasz, a jednak okłamujesz ją, żeby być ze mną. Mówiłeś też, że uczucia niewiele znaczą. Wysnułeś nawet tezę, że takowe nie istnieją, a tym czymś, co uważamy za miłość jest dana przez naturę „chwilowa naleciałość”, służąca po to, by ludzkość nie wyginęła. Bo kto przy zdrowych myślach płodziłby dzieci, jeśli nie z chęci założenia „rodziny”?
Twoje teorie zawsze mnie bawiły, ale miały w sobie jakiś przerażająco prawdziwy sens. Śmiałam się z każdej kolejnej, ale za każdym razem przyznawałam, że jest w nich jakaś, czasem może nazbyt pokrętna, logika.
Dlatego tym bardziej nie wiem, skąd u Ciebie te nagłe zapędy do rozmów w łóżku. Muszę jednak przyznać, że podoba mi się to niepokojąco bardzo. Jednak chyba nie marzę o tym, by takie ekscesy miały miejsce częściej. Przecież nie chcemy się w sobie zakochać, prawda? A pogadanki po seksie łączą ludzi bardziej, niż sam seks.

Wakacje

Leżymy na wyłożonej kocami i poduszkami podłodze w ogromnym domu na Twojej wyspie. Z głośników, rozmieszczonych dookoła nas i tworzących miłe stereo, leci cudowne „California Dreaming”, przy dźwiękach którego niemal się rozpływam. Twoja głowa spoczywa na moim brzuchu, a moja ręka przeczesuje Twoje włosy. Opróżniona do połowy butelka półsłodkiego wina stoi na małym stoliku nieopodal, a kieliszki wypełnione tym szlachetnym trunkiem mamy na wyciągnięcie ręki. Dawno nie było mi tak dobrze i nawet, jeśli gdzieś w podświadomości czai się myśl, że to, co się teraz dzieje, nie jest stałe i przyjemna chwila zniknie jutro rano, gdy wstając z łóżka uświadomię sobie, że wcale mnie nie kochasz i chcesz tylko oderwać się od rodziny, to nie zwracam na to uwagi. Ważne jest tylko „tu” i „teraz”. Każda kolejna sekunda, zapach Twojego szamponu, przemieszanego z perfumami, piękna piosenka i cała ta atmosfera, sprawiająca, że czuję się jak bohaterka romantycznego filmu z lat osiemdziesiątych.
Jesteśmy tutaj dopiero trzeci dzień, a ja już tracę poczucie rzeczywistości. Do tej pory dobrze się bawiliśmy biegając półnago po plaży, kochając się w każdym możliwym miejscu, wygłupiając się i pijąc do upadłego. Teraz przygotowałeś coś romantycznego, co całkiem zwaliło mnie z nóg. Nie wiem, co planujesz, czy wprowadzasz mnie w nastrój, czy masz jakiś inny, pokręcony plan, a może po prostu ochotę na jeden, spokojny wieczór, ale boję się konsekwencji. Ta nasza przyjaźń rozwija się zbyt gwałtownie, cudem będzie, jeśli jedno z nas – w tym momencie bardziej mam na myśli siebie – pewnego dnia nie obudzi się i nie pomyśli, że nie może żyć bez tego drugiego. Teraz też nie możemy bez siebie żyć, ale w innym znaczeniu.
- A jakbym tak się rozwiódł? – pytasz, wprawiając mnie tym w niemałe zdziwienie. Patrzę w Twoje oczy, brązowe, jak liście, o których właśnie śpiewa chórek w głośnikach, i zauważam w nich szczerość i prawdziwość, których nie widziałam w Twym spojrzeniu od tak dawna…
Teraz już naprawdę nie wiem, co kombinujesz. Pytam, dlaczego o tym myślisz, czemu podjąłeś właśnie taką decyzję.
- Nasze małżeństwo skończyło się z chwilą, gdy poznałem ciebie. Otworzyłaś mi oczy, uzmysłowiłaś mi, że ciągnięcie tego nie ma sensu.
- Czyli to przeze mnie?
- Dzięki tobie. Nie przez ciebie, nie dla ciebie, ale dzięki tobie.
Nie wiem do końca czemu, ale te słowa zabolały. Nie dla mnie… Chyba zaczynałam się łudzić, że może jednak coś dla Ciebie znaczę. Zresztą, nieważne. To tylko moje głupie wyobrażenia, spowodowane całą tą atmosferą, którą wytworzyłeś, przy pomocy wspaniałej muzyki z połowy ubiegłego stulecia, wina, świec tlących się dokoła naszego wygodnego posłania i róż. Setek płatków, rozsypanych na podłodze i tej jednej, wyjątkowej, którą mi dałeś, która była tylko moja.
Wyduszam z siebie tylko cichy pomruk o niesprecyzowanym znaczeniu i zamykam oczy. Czuję jak łzy napływają mi pod powieki i staram się ich nie wypuścić. Nie mogę okazać słabości.
Właściwie czego ja się spodziewałam? Że nagminne uprawianie seksu, szczere rozmowy i wspólny wyjazd na wakacje na kompletne odludzie nie sprawi, że zbliżę się do Ciebie w niebezpieczny sposób? Naprawdę sądziłam, że ta czysta przyjaźń, jaka przez pewien czas między nami była, zdoła utrzymać się do końca naszej znajomości? Podobasz mi się, lubię z Tobą spędzać czas, rozmawiać, lubię Twoje drobne gesty, którymi urozmaicasz nasz wspólnie spędzany czas i lubię Cię czuć obok siebie. To nie mogło się skończyć inaczej.
Podnosisz się i przewracasz na brzuch, wspierając się na łokciach. Twoja twarz zawisa tuż nad moją, oczy szukają czegoś w moich błękitnych tęczówkach, a dłoń zaczyna gładzić mój policzek. Czuję, że zaczynam się rumienić. Uśmiechasz się delikatnie i czule muskasz wargami czubek mojego nosa.
- Otworzyłaś mi oczy – szepczesz wprost do mojego ucha, które następnie obdarowujesz kolejnym muśnięciem. Poprawiam ostrożnie pozycję, przysuwając się do Ciebie odrobinkę, jednak wystarczająco, byś zrozumiał, że na Twoją niemą prośbę odpowiadam twierdząco.
Zawładnąłeś mną tak bardzo, że nie potrafię Ci się sprzeciwić nawet wtedy, gdy zadajesz mi ból. To trudne do wytłumaczenia, ale niestety fizycznie prawdziwe. Uzależniłam się od Ciebie, sama nie wiem kiedy.
Kładziesz swoje usta na moich i powoli zaczynasz taniec. Z początku pocałunki są delikatne, jak dotyk skrzydeł motyla, jednak z każdą sekundą przybierają na sile. Lewą ręką podtrzymujesz swoje ciało, zawisając tuż nade mną, natomiast prawą odgarniasz mi włosy z czoła. Ostrożnie kładziesz się na mnie, uważając, by nie przygnieść mnie swoim ciężarem. Dłonią zaczynasz błądzić w okolicy moich ud, a ja odchylam głowę, byś mógł całować moją szyję i obojczyki.
Delikatnym ruchem podwijasz moją skąpą sukienkę, a ja unoszę lewą rękę, wskazując Ci tym samym suwak, który pozwoli Ci się bez problemu pozbyć zbędnego kawałka materiału. Dobrze wiesz, co robić i chwilę później moja kanarkowa kreacja ląduje gdzieś koło stolika, na którym stoi niedopite przez nas wino.
Leżę w samej bieliźnie, koronkowej, oczywiście, bo tylko taką kazałeś mi zabrać. Stanik w kolorze écru ląduje obok sukienki, przewracając w locie mój kieliszek. Czerwona, półsłodka ciecz rozlewa się na podłogę, mocząc płatki róż i jedną z poduszek, jednak nie wyglądasz na człowieka, który zbytnio by się tym przejął.
Swoim wzrokiem lustrujesz moje ciało, jednak już dawno przestało być to dla mnie niezręczne. Nieudolnie próbuję pozbyć się Twojej koszuli, jednak nie chcesz współpracować. Wpijasz się w moje usta, a rękę przyciskasz do podłogi. Nie ma szans, abym pozbawiła Cię tej części garderoby. Rozpinam pasek Twoich spodni, udaje mi się nawet wygrać z guzikiem, gdy przewracasz się na plecy, ciągnąc mnie za sobą. Pozwalasz ściągnąć sobie koszulę i chwilę pobawić się Twoimi ładnie wyrzeźbionymi na brzuchu mięśniami oraz pozachwycać tymi męskimi ramionami. Ze spodniami też idzie łatwiej, jednak wtedy postanawiasz trochę się ze mną podrażnić.
Znasz moje wszystkie słabe punkty, nie ma na moim ciele miejsca, które byłoby dla Ciebie zagadką, dlatego tak łatwo Ci doprowadzać mnie do szału. Przyjemnego, ale irytującego. Zręcznie błądzisz dłońmi po mojej skórze, sprawiając, że czuję delikatne mrowienie pod opuszkami Twoich palców. Znowu zmieniasz położenie, przewracając mnie na plecy i klękając przede mną. Chwytasz moje łydki i ustawiasz je w najdogodniejszej dla siebie pozycji.
Kontynuujesz swoją zabawę, łapiąc mnie za biodra i przyciągając bliżej siebie. Zsuwasz dolną część mojej bielizny i odrzucasz za siebie, biorąc w lewą dłoń kieliszek wina. Nie zostało w nim zbyt dużo trunku, jednak wystarczająco, byś rozlał go na moim brzuchu. Przesuwasz językiem w okolicach mojego pępka, powodując u mnie niezdrowy chichot. Poruszam się, sprawiając, że stróżka wina cieknie prosto na cynobrowy koc. Natychmiast przyciskasz usta do kolejnej, zsuwającej się po moim boku kropli, wycierając ją wargami. Kolejny raz wyginam się, z powodu łaskotania, na co Ty reagujesz szelmowskim uśmieszkiem.
Spijasz z mojego brzucha całe wino, pozostawiając na nim tylko mokre ślady. W końcu postanawiasz wrócić do tego, co zacząłeś. Przesuwasz dłonią po moich newralgicznych miejscach, opracowując kolejną strategię rozochocenia mnie i bezlitosnego przerwania pieszczot w najmniej dogodnym momencie. Tym razem jednak chcesz czegoś innego. Znów obracasz mnie tak, że to ja jestem na górze i leżysz, czekając aż przejmę inicjatywę. Po tej akcji z winem nie mogę wpaść na nic kreatywniejszego niż tradycyjny, lecz nieco bardziej namiętny pocałunek w usta i zsunięcie mimochodem Twoich bokserek. Półgłosem domagam się rozwinięcia akcji, dojścia do punktu kulminacyjnego. Każda książka, w której główny bohater zbyt długo zwleka z działaniem, staje się po pewnym czasie nudna.
Ty, jako doskonały artysta, mistrz w swej dziedzinie, postanawiasz w końcu spełnić wymagania czytelnika i wprowadzasz akcję właściwą, na którą tak długo czekałam. Z początku powoli, jednak z każdą chwilą coraz szybciej i bardziej zdecydowanie powodujesz, że z moich ust wydobywają się ciche pomruki. Nie będę krzyczeć, jak robią to w tych wszystkich chorych filmach, nie zamierzam szeptać Twojego imienia, jak bohaterki tanich romansideł. Moją opinię o swojej powieści musisz odczytać z moich innych reakcji na nią; słowa, jak sam kiedyś powiedziałeś, nic nie znaczą. Ty jednak doskonale wiesz, jak dobrą pracę wykonujesz. Jesteś pewny siebie i nie dopuszczasz do siebie myśli, że coś mogłoby pójść nie tak. Wiesz, że jest idealnie, że każde przyspieszenie tempa działa bardziej na korzyść, niż miałoby zaszkodzić Twemu dziełu.
Nie wiem, jak długo trwa punkt kulminacyjny akcji, jednak czuję, że zbliżasz się do swojego prywatnego rekordu. Kolejna udana powieść, panie Torres. Najlepsze jest to, że gdy ją kończysz, ja ledwo łapię oddech, wycieńczona, ale zadowolona takim epilogiem. Bezsilnie opadam na poduszki obok Ciebie, ciężko dysząc.
Nie mogę ustabilizować oddechu przez dłuższą chwilę. Ty odwracasz się do mnie bokiem i uśmiechasz z zadowoleniem i dumą z siebie, wycierając wierzchem dłoni strużkę potu z mojej skroni.
- Boże… - wyszeptuję tylko, zamykając oczy. Teraz chcę już tylko zasnąć, żeby odrobinę wypocząć, bo coś czuję, że jutro też nie dasz mi spokoju.

-//-

Budzę się nawet wyspana i przeciągam leniwie. Kąciki moich ust mimowolnie wędrują w górę, gdy widzę Ciebie, leżącego na wyciągnięcie mojej ręki i uśmiechającego się wesoło. Jesteśmy w łóżku, a z tego, co pamiętam, zasypiałam na Twojej klatce piersiowej w salonie, otoczona mnóstwem poduszek i kilkoma kocami. Przeniosłeś mnie, gdy spałam, jak małe dziecko.
- Cześć. – Uśmiechasz się do mnie wesoło, wpatrując się w moją zaspaną twarz. Palcami wyciągasz z moich włosów płatek róży, który musiał się w nie wplątać wczorajszego wieczoru, i odrzucasz go gdzieś na bok.
- Hej – mamroczę. Chyba nie jestem jeszcze całkiem obudzona, gdyż mój głos jest bardzo słaby i cichutki.
- Śniadanko? - pytasz, na co ja oczywiście przytakuję. Gdy próbujesz zejść z łóżka, przytrzymuję Cię za rękę i przyciągam z powrotem.
- Czekaj – mówię. – Jeszcze nie, muszę się na dobre obudzić. – Przyznajesz mi rację i znów kładziesz się obok mnie.
Oczami lustrujesz moją twarz, a pod nosem rysuje Ci się dziwny uśmiech, jakiego jeszcze u Ciebie nie widziałam. Nie jest ani trochę ironiczny – aż dziwne – ani nie ma w sobie niczego nieszczerego, wymuszonego, czy przesadzonego. Naturalny, mimowolny i niepokojąco przyjazny. Trwam w lekkim szoku, gdy nagle Twoja dłoń, nie wiedzieć czemu, przejeżdża po moim policzku z niespotykaną czułością. Otwieram szerzej oczy i kilkakrotnie mrugam powiekami.
- O co ci chodzi? – pytam, zbijając Cię tym trochę z tropu.
- W jakim sensie?
- Co ma znaczyć to wszystko? Wczorajszy przesłodzony wieczór, ta ręka i w ogóle cały ten wyjazd. Co tym razem kombinujesz?
- Nic nie kombinuję. Po prostu mam dla ciebie więcej czasu.
- Żadnego podłoża emocjonalnego? – upewniam się.
- Ani trochę! Proszę cię, przecież dobrze wiesz, że nic dla mnie nie znaczysz. Tak samo jak ja dla ciebie. Możesz być spokojna – tłumaczysz i wstajesz, udając się do kuchni.
I co zrobiłaby teraz kobieta, za jaką mnie uważasz? Uśmiechnięta opadła na łóżko i odetchnęła z ulgą, ciesząc się, że nasze relacje są tak idealne, a potem wstała na śniadanie, żeby mieć siłę na późniejsze igraszki… A co robię prawdziwa ja? Owszem, opadam na to nieszczęsne łóżko, ale bynajmniej nie z powodu wielkiej radości, jakiej mógłbyś się spodziewać. Zabolały mnie te słowa. „Nic dla mnie nie znaczysz”. Powinnam się jednak cieszyć, prawda? Przecież takiej odpowiedzi chciałam, każda inna byłaby dla mnie niewystarczająco dobra. Prawda? Podoba mi się to, co ze sobą robimy, prawda?
Nie prawda. Ani trochę nie podoba mi się bycie „tą drugą”. Zamiast zajmować się swoją żoną i dziećmi, albo karierą, która ginie pod stertą gruzu, głównie przez Twoją pazerność na kasę i dumę, która nie pozwala Ci odjeść z Chelsea i powiedzieć „źle zrobiłem, jestem do niczego”, przychodzisz do mnie. Spędzasz w moim domu więcej czasu niż w swoim, a małżeńskie obowiązki wykonuję zamiast Olalli ja.
Czuję się jak szmata, gdy po seksie od razu ubierasz się i rzucając kilka słówek wracasz do żony. A gdy powiedziałeś, że to przeze mnie chcesz rozwodu, na moją i tak podłamaną psychikę spadło kolejne ciężkie pudło odpowiedzialności. Tym razem za Twoje małżeństwo. Widzisz, jaki jesteś podły? Czuję się odpowiedzialna za coś, na co nie powinnam mieć wpływu, podczas gdy Ty to całkowicie olewasz. To nie jest normalne, Fernando. Czuję się przez Ciebie źle, Twoja żona i dzieci też. Jedynym, kto jest tutaj w stu procentach zadowolony, jesteś Ty. Nie obchodzi Cię nic ani nikt, tylko Twój własny interes, ważne, żeby Tobie było dobrze.
A mimo to, nie jestem szczęśliwa z tego, że nic do mnie nie czujesz. Chyba wolałabym wiedzieć, że romantyzm, jakim mnie wczoraj obdarzyłeś, nie był tylko Twoją chwilową zachcianką, ale miał głębsze znaczenie. Wtedy nie czułabym się aż tak szmatowato i łatwiej byłoby mi wybaczyć sobie wszystkie moje grzeszki. Byłabym odpowiedzialna za zniszczenie Twojego małżeństwa, ale wiedziałabym, że przynajmniej dostaję Ciebie w zamian, tymczasem jednak tylko na tym tracę. Przywiązałam się do Ciebie, nie przeczę, że nawet za bardzo, i nie będę miała z tego nic, oprócz wyrzutów sumienia.
Zwlekam się z łóżka, nakładam jeansowe szorty, niedbale postrzępione i wyraźnie przekraczające granicę krótkości i czerwoną bluzkę z dużym dekoltem, ozdobionym koronką i przez chwilę patrzę na swoje odbicie w lustrze. Czarne, rozczochrane włosy domagały się muśnięcia ich kilka razy szczotką, oczy prosiły o podkreślenie ich tuszem, chociaż nie wyglądały najgorzej, nie były podkrążone czy podpuchnięte po spaniu. Nogi gładkie, wszak golone wczoraj wieczorem, opalone, wydają się być szczuplejsze niż zwykle, może dlatego, że jest rano. Piersi wyglądają na świat spomiędzy koronek. Przy nich zostaję wzrokiem odrobinę dłużej. Jest to chyba jedyna część ciała, z której jestem naprawdę zadowolona. I rozmiar odpowiedni, i kształt. Zresztą wielokrotnie od Ciebie słyszałam, jakie są ładne...
Niespiesznym krokiem idę do kuchni, siląc się po drodze na uśmiech i wmawiając sobie, że wcale nie przejęły mnie Twoje słowa. Że mnie ucieszyły. Widzę Cię stojącego przy blacie w jeansach i orzechowym T-shircie i pierwszy raz świadomie nie pożądam Cię fizycznie, a duchowo. Nie chcę zaciągnąć Cię do ciasnej łazienki – o ile w tym domu w ogóle znalazłabym jakiekolwiek ciasne pomieszczenie – tylko podejść, pocałować Cię i powiedzieć coś, czego jeszcze nikt ode mnie nie usłyszał. Dwa słowa, które zmieniłyby resztę naszych wakacji i możliwe, że życia.
- Jajeczniczka dla ciebie – mówisz, kładąc na stole talerz i odsuwając mi krzesło. Siadam, jednak chyba nie wyglądam zbyt pewnie, gdyż pytasz: - Wszystko w porządku?
Mruczę cicho, że tak, zastanawiając się, gdzie do cholery jest moja pewność siebie? Miałam udawać zadowoloną, co jest? Może od razu zapytam, czy…
- Naprawdę nic dla ciebie nie znaczę?
No tak. Co myślę, to mówię, jakie to typowe…
- Masz rację, źle to zabrzmiało. Przepraszam, jeśli cię tym uraziłem. Znaczysz dla mnie dużo, bo jesteś moją przyjaciółką. Ale nie czuję do ciebie nic więcej.
- A. No tak lepiej – kłamię, biorąc widelec.
Tkwię w tak zwanej „strefie przyjaźni”. Ten problem najczęściej dotyczy mężczyzn, co więc tu robię?
Chyba wiem. Kocham się w egoistycznym skurwielu, który nie widzi nic, poza własną dupą. Tak, pomyślałam „kocham”. Kocham Cię, chociaż jesteś tym egoistycznym skurwielem. Kocham, chociaż nic dla Ciebie nie znaczę i nigdy nie będę znaczyć. Kocham Cię, chociaż potrafię wyliczać Twoje wady godzinami. Kocham, chociaż Cię nienawidzę.
- Na pewno tylko o to chodzi? – pytasz, siadając naprzeciwko mnie. Znów odpowiadam kłamstwem, bo przecież prawda będzie miała destrukcyjny skutek dla nas obojga. Ty jednak nie dajesz za wygraną i próbujesz wyciągnąć ze mnie, co mi leży na sercu. Na poczekaniu wymyślam coś, co niebezpośrednio, ale ma związek z moim gorszym samopoczuciem.
- Myślę, że nie powinieneś się rozwodzić.
Znudzona mina natychmiast wdziera się na Twoją twarz, dając mi wyraźnie do zrozumienia, co o tym sądzisz. Jesteś święcie przekonany, że powinieneś. Nawet nic nie mówisz, dając mi szansę wyciągnięcia kilku argumentów, które zaraz i tak obalisz.
- Co będziesz miał z tego, że weźmiesz rozwód?
- Duszę się w tym małżeństwie – tłumaczysz cierpliwie. Wiele razy już to od Ciebie słyszałam, jednak nie uważałam tych słów za zbyt prawdziwe, a jedynie za wyraz przejściowej monotonii, która prędzej czy później zawłada wszystkimi związkami.
- I co da ci rozwód? I tak, chociaż do łóżka ci nie zaglądam, pewnie częściej sypiasz ze mną, niż z Olallą. Co się zmieni w Twoim życiu, poza stanem cywilnym i pewnie rzadszym kontaktem z dziećmi?
- Nie będę musiał się kryć. – Unoszę brew, nie mając pojęcia, o co Ci chodzi. – No wiesz, teraz muszę przed Olallą ukrywać nasz niby romans, a po rozwodzie mógłbym sobie sypiać z kim bym chciał i nic by mi nie mogła zrobić.
- Ale po co ci to? Jesteś już dorosły, lada chwila stuknie Ci trzydziestka. Nie lepiej żyć sobie w spokoju, z żoną u boku?
- Proszę cię… Żyłem spokojnie trzynaście lat, wiesz dlaczego? Bo Olalla jest nudna. Żadnych szaleństw, tylko typowo małżeńskie rzeczy, wiesz, śniadanie, praca, obiad, dzieci, kolacja, telewizja i spać. Z tobą trochę odżyłem, ale to dla mnie za mało. Chcę od życia jeszcze więcej. Więcej podróży, więcej zabawy, więcej kobiet.
- Jesteś idiotą – kwituję, próbując nie załamać głosu.
- Dlaczego? Bo nie chcę marnować życia na bycie z kimś, kogo nie kocham?
- Nie. Bo chcesz zrezygnować z ułożonego życia, żeby być sam. Przygodny seks nie gwarantuje trwałego szczęścia, a nie sądzę, żebyś po rozwodzie szukał kogoś na stałe. Nie potrafisz docenić tego, co masz. Kocha cię tyle osób, a ty nawet nie zwracasz na nich uwagi. Jesteś egoistą. Pomyślałeś, co z dziećmi? Wiesz, jak będą cierpiały? Żona cię nie obchodzi, ale one chyba powinny. Nie wspomnę nawet o sobie. Jak rozumiem, nie uwzględniasz mnie w swoich planach na przyszłość?
- Czemu nie? Możemy się dalej przyjaźnić.
- Nie, kochany. My się nie przyjaźnimy. My wmawiamy sobie, że to dziwne coś, co między nami jest, to właśnie przyjaźń, ale ona już nie istnieje. Byliśmy przyjaciółmi, dopóki nie wpakowałeś mi się do łóżka, potem wszystko się popsuło.
- Czyli co? Wystarczy, że przestaniemy uprawiać seks? Po moim rozwodzie i tak byśmy przecież przestali.
Patrzę na Ciebie zszokowana i kilkakrotnie mrugam powiekami. Nie wierzę, że to powiedziałeś. Dałeś mi jasny komunikat, że jestem Ci potrzebna tylko po to, żebyś mógł się od czasu do czasu wyżyć. Dziękuję, ale gdzieś mam taką przyjaźń.
- Nie. Przestaniemy i bez rozwodu.
Wstaję i zostawiając na stole wciąż ciepłą jajecznicę, wychodzę. Wracam do sypialni i kładę się na łóżku, chowając twarz w poduszce. Będę płakać? Chyba nie. Łzy cisną mi się do oczu, ale żadna nie chce wypaść i zamoczyć brzoskwiniowego materiału. Może to i lepiej. Nie chcę, żebyś widział mnie płaczącą, jak tu przyjdziesz.
O ile w ogóle zamierzasz przyjść.
Słyszę dźwięk Twojego telefonu, wypływający z kieszeni rzuconych niedbale na krzesło spodni. Sprawdzam, kto dobija się do Ciebie w czasie wakacji, ale moje odkrycie wcale mnie nie dziwi. Wymalowane na wyświetlaczu zdjęcie uśmiechniętej Olalli w fiołkowej bluzeczce sprawia, że w mojej głowie świta wredny plan, jednak jestem w stu procentach pewna, że na wszystko zasługujesz!
- Słucham? – Mój głos przestraszył Twoją żonę, która dopiero po krótkiej chwili odzyskała rezon.
- Kim pani jest? – spytała, na co odparłam najmilszym głosem, jaki potrafiłam z siebie wydusić:
- Kochanką twojego męża. – Zanim kobieta zdąża cokolwiek odpowiedzieć wpadam w słowotok, niezbędny do wyjaśnienia tej głupiej sytuacji. – Wiem, że wyjechałam tak drastycznie i jeszcze to do ciebie nie dociera, ale posłuchaj mnie. Poznaliśmy się z twoim mężem kilka lat temu i zaprzyjaźniliśmy, a od pewnego czasu regularnie ze sobą sypiamy. Opowiadał mi o waszym małżeństwie, mówił, że i tak spisał je już na straty. Ostatnio powiedział mi, że chce się z tobą rozwieść, żeby móc dupczyć na prawo i lewo. Mam dla ciebie dobrą radę, zażądaj rozwodu. Mogę być świadkiem w sądzie, czy coś. W każdym razie zostaw go, to nie jest facet dla ciebie. Nie znam cię, ale żadna kobieta nie zasługuje na takiego dupka.
- Kłamiesz – warczy tylko, podłamanym głosem.
- Nie, naprawdę. Chcę cię jakoś ochronić. Zresztą, jeśli mi nie wierzysz, za jakiś czas sama zobaczysz.
Rozłączam się, chowam telefon i oparłszy się o stolik, rozglądam po pokoju. Trzeba się pakować, na mnie już czas. Moja przygoda z Tobą dobiegła końca.

Dwa lata później

Wracam pamięcią do naszej pięknej, tragicznej przygody. Przyjaźni, która w pewnym momencie zatraciła swoje granice, namiętności, która ją zastąpiła i miłości, która okazała się być jednostronna. Dalej coś do Ciebie czuję, wiesz? Nie wiem, czy to wciąż jest wielkie uczucie, czy tylko sentyment, ale nie potrafię przejść obojętnie, gdy widzę gdzieś Twoje nazwisko.
Jak powinien wyglądać koniec tej historii? W Hollywood istniałyby dwie opcje. Według pierwszej zmieniłbyś się, zaczął dbać o rodzinę, został najlepszym piłkarzem, nagrodzonym nawet Złotą Piłką, a ja albo bym odeszła, albo wciąż była Twoją przyjaciółką. TYLKO przyjaciółką. Druga głosiłaby, że Olalla i ja zostałybyśmy przyjaciółkami, a reszta Twojego życia byłaby tylko bolesną karą za próżność i pychę.
Życie jednak nie jest tak kolorowe jak w komediach romantycznych… Olalla mnie nie posłuchała, a Ty w końcu zażądałeś rozwodu. Ciekawi mnie, czy, tak jak mówiłeś, sypiasz z każdą jak leci… A co chodzi o mnie… Siedzę w Londynie, próbuję jakoś żyć, ale bez Ciebie to już nie to samo. Pusto mi. Chciałabym Cię z powrotem, ale wiem, że to niemożliwe i niebezpieczne. Powinnam Cię nienawidzić.


ON


Leżę na sofie, z Burbonem w ręce i oglądam powtórkę jakiegoś dennego meczu. Z czasów, kiedy byłem kimś. Kiedy miałem wszystko. Żonę, dzieci, Ciebie. Kiedy mnie kochałaś, a ja tego nie dostrzegałem. Kiedy zacząłem gardzić uczuciem Olalli i swoimi własnymi dzieciakami.
Zatraciłem się w sławie, teraz to wiem. Trochę mi szkoda, że do tego wstrząsu, musiałem to wszystko stracić - najpierw Ciebie, potem rodzinę, a później i tak już marną sportową reputację – ale zyskałem coś innego. Wolność.
To dlatego po moim mieszkaniu przechadza się teraz piękna blondynka, szukając swoich ubrań, żeby jak najszybciej stąd wyjść. Nie potrzebuję zobowiązań, żeby dobrze się bawić. Nie trzeba mi rodziny, przyjaciół, kariery, Ciebie. Jesteście miłymi wspomnieniami, ale tylko wspomnieniami. Może i jestem egoistą, ale przynajmniej wolnym.

2 komentarze:

  1. Znalazłam czas między pisaniem licencjatu, żeby to wreszcie przeczytać. Strasznie to smutne, taka relacja z facetem. Nie wiem, jak główna bohaterka ma na imię, ale bardzo, bardzo jej współczuję. Kiedy ona kocha faceta, a on się tylko bawi jej kosztem, i jeszcze się cieszy swoim egoizmem. Pokrętna sytuacja bardzo. Dobrze, że odeszła, kiedyś w końcu trzeba. A mówiąc ogólnie, ja też myślę, że dobrze Ci wyszedł rozdział :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo podobał mi się ten part, choć poprzednie tez były świetne. Szkoda, że Torres nie zrozumiał swoich błędów i pozostał egoistą. Czekam z niecierpliwością na kolejnego jednoparta. Poinformuj mnie proszę o nim na GG: 8675263, lub na blogu: www.el--tiempo--de--ti.blogspot.com. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń